Strzały 24:4, ale bramki 0:0. Mimo przygniatającej momentami przewagi nie udało się piłkarzom Red Bulls Nowy Jork odnieść pierwszego zwycięstwa w tym sezonie. Remis dla odwiecznych rywali nowojorczyków, DC United, uratował golkiper Bill Hamid, który rozegrał kapitalną partię.

W obecności 22 tysięcy widzów i zimowej scenerii przyszło walczyć piłkarzom Red Bulls Nowy Jork i DC United w pierwszym tegorocznym meczu rozegranym na Red Bull Arena. Gospodarze szukali okazji nie tylko do sięgnięcia po pierwszą w sezonie wygraną, ale i do rewanżu za ubiegłoroczną porażkę w półfinale Konferencji Wschodniej, kiedy to bramka Nicka DeLeona w 88. minucie zakończyła marzenia nowojorczyków o premierowym mistrzostwie MLS.
W pierwszej połowie gra miejscowych nie wyglądała jednak dobrze. Grali bez koncepcji, z pominięciem środka, kierując długie piłki pod adresem Espindoli i Henry’ego, któremu niespodziewanie piłka odskakiwała na kilka metrów nawet w najprostszych sytuacjach. Nie wiadomo, na ile było to spowodowane padającym śniegiem, a na ile wyraźnym brakiem zgrania w drużynie, która – w porównaniu z ubiegłym rokiem – została przemeblowana niemal w całości.
W przekroju całego spotkania Henry zupełnie nie przypominał zawodnika, który strzelił 15 bramek i zaliczył 12 asyst w 2012 roku. Były gracz Arsenalu był aktywny, ale żenująco nieskuteczny. W sumie oddał na bramkę United dziesięć strzałów, z czego połowa padła łupem świetnie spisującego się Billa Hamida, a drugie pięć minęło światło bramki. Równie frustrująca była gra Tima Cahilla, który w Nowym Jorku zarabia krocie, ale w dalszym ciągu nie może się przełamać. Jedynym jasnym punktem w grze miejscowych w pierwszej części był Fabian Espindola, który w 25. minucie pięknie uderzył piłkę głową, ale trafił w poprzeczkę. Była to najlepsza okazja do strzelenia gola w tej odsłonie.
Drugie 45 minut to nieustanny napór gospodarzy, którzy – jak później przyznał na konferencji prasowej trener Mike Petke – samoczynnie przeszli na ustawienie 4-3-3. Lepiej grał Cahill, obudził się też Dax McCarty, który harował jak wół na całym boisku. Ale gospodarzom nadal nie sprzyjało szczęście. W 55. minucie swój wyczyn z pierwszej części skopiował Espindola, który potężnym strzałem z lewej nogi strząsnął śnieg z poprzeczki bramki drużyny stołecznej. Potem dwukrotnie gola mógł zdobyć rozgrywający niezły mecz Eric Alexander, ale raz nieznacznie się pomylił, a raz jego strzał głową w fantastycznym stylu wybronił Hamid.
W 59. minucie jedyną i najlepszą okazję zmarnowali goście. Strzał Chrisa Pontiusa z bliskiej odległości w efektownym stylu obronił niemal bezrobotny przez całe spotkanie Luis Robles. Potem już do końca dominowali gospodarze, ale drzwi do zwycięstwa zatrzasnął im Hamid, broniąc m.in. strzał Cahilla z metra w 67. minucie oraz główkę Brandona Barklage’a w doliczonym czasie gry.











