Holendrzy z góry narzekają na organizowanie meczów o trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Przodownikiem tej tezy jest Louis van Gaal, a popierają go załamani Holendrzy. Jego argumenty są jednak całkiem słuszne, bo faktycznie jedna z drużyn grających świetny turniej może wrócić z łatką tego czwartego. W jednym nie ma jednak racji. Te spotkania są świetnym widowiskiem i przetarciem dla kibiców przed finałem. Poprzednie takie mecze stały na szalenie wysokim poziomie, a widzowie nie mieli na co narzekać. Oto najlepsze starcia o brązowy medal na mistrzostwach świata.
W 1938 roku we Francji Szwecja zmierzyła się z Brazylią. I jak to bywa w takim starciu, faworyt mógł być tylko jeden. „Canarinhos” pod koniec pierwszej połowy przegrywali już jednak 0:2 i wydawało się, że w Bordeaux może być niespodzianka. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy Romeu wlał w serca Latynosów nadzieję, a po przerwie zaczął się koncert słynnego Leonidasa. Ten sam zawodnik, który wcześniej strzelił m.in. Polsce trzy bramki, tym razem dwukrotnie pokonał szwedzkiego golkipera i wybił im z głowy nadzieję na dobry wynik. W koncówce Peracio dobił rywali i Brazylijczycy zdobyli swój pierwszy medal w historii.
20 lat później w przedwczesnym finale trafili na siebie rywale, których starcia wręcz muszą być ciekawe. Francuzi zmiażdżyli Niemców 6:3, a turniej życia rozgrywał Just Fontaine, strzelając cztery gole. Nasi zachodni sąsiedzi byli praktycznie bez szans i można powiedzieć, że mieli pełne gacie, gdy piłkę przy nodze miał Raymond Kopa, który oprócz strzelonej bramki praktycznie kreował każdą akcję ofensywną „Trójkolorowych”.
Mundial w 1966 roku był turniejem „Czarnej Perły z Mozambiku”. Portugalia w debiucie zdobyła brązowy medal, a klasą samą w sobie był Eusebio, który większość spotkań wygrywał praktycznie w pojedynkę. W ostatnim meczu rywalem była ekipa Związku Radzieckiego, ale to nie kto inny jak portugalski lider otworzył wynik spotkania. ZSRR dał jednak radę odpowiedzieć i zaczęła się walka na całego, z której zwycięsko wyszli debiutanci, strzelając gola dwie minuty przed końcem.
Świetne spotkanie zaliczyli też „Biało-czerwoni” w 1974 roku. Po przegranej w „meczu na wodzie” doszło do starcia o brąz z naszpikowaną gwiazdami Brazylią. Rivelino, Jairzinho i inni nie mogli jednak pokonać Jana Tomaszewskiego, który dwoił się i troił w bramce. Kwadrans przed końcem z indywidualną akcją ruszył Grzegorz Lato, który zostawił rywali za plecami i pokonał Leao.
Na kolejnym turnieju trzykrotni wtedy mistrzowie świata odbili sobie jednak tamtą porażkę, gdy pokonali 2:1 Włochów. Obie ekipy stworzyły fantastyczne widowisko, a gracze z Ameryki Południowej, mimo braku największej gwiazdy, Zico, rozprawili się z Paolo Rossim i spółką. I jak 40 lat wcześniej, „Canarinhos” znów przegrywali, schodząc do szatni. W drugiej połowie Nelinho i Dirceu strzelili jednak bramki, które dały kolejny medal.
Cztery lata później Polacy powtórzyli swój sukces, rozgrywając wspaniałe spotkanie przeciwko Francuzom. Mimo że żabojady kompletnie olały to spotkanie i wystawiły rezerwowy skład starcie i tak było bardzo wyrównane. Najpierw to oni wyszli na prowadzenie, ale wtedy Polacy ruszyli do ataku i strzelili dwie bramki w końcówce pierwszej połowy, a Janusz Kupcewicz zaczął drugą cześć gry od kolejnego gola. Przegrani już się nie podnieśli i zdołali strzelić tylko jedną honorową bramkę.










