Jedna z ostatnich części naszego podsumowania rundy jesiennej w T-Mobile Ekstraklasie dotyczy najlepszego meczu. Podobnie jak w przypadku chociażby napastników mieliśmy duży dylemat między dwoma spotkaniami – Lecha z Legią oraz Śląska z Jagiellonią. Ostatecznie nasz wybór padł na ten pierwszy pojedynek.
18 listopada o godzinie 14.30 na boisku przy ul. Bułgarskiej w Poznaniu miejscowy Lech podejmował stołeczną Legię. Chyba nikomu nie trzeba przypominać, jak napięte są stosunki między kibicami obu tych drużyn. Jednym słowem – kosa. Od zawsze gdy Lech przyjeżdżał do Warszawy i odwrotnie, na trybunach wrzało. Nie inaczej było i tym razem. Na Stadion Miejski przyszło bowiem aż 40 tysięcy osób! To absolutny rekord tej rundy, który trudno będzie pobić jakiemukolwiek innemu klubowi w najbliższej przyszłości.

Atmosfera tego pojedynku nieco sparaliżowała oba zespoły i przez pierwsze dziesięć minut oglądaliśmy walkę głównie w środkowej części boiska. Jednak w 11. minucie spotkania cały stadion, poza jednym sektorem, ucichł. Wtedy to Jakub Kosecki, wykorzystując gapiostwo lechitów i świetne podanie swojego imiennika – Kuby Wawrzyniaka – wyprowadził gości na prowadzenie. Minęły kolejne trzy minuty i Legia cieszyła się z kolejnej bramki. Kolejny popis nieudolności obrony gospodarzy wykorzystał wcześniej asystujący Wawrzyniak i „Wojskowi” prowadzili już dwoma bramkami. Można było się zastanawiać – gdyby Manuel Arboleda nie wypadł przed tym spotkaniem ze składu w wyniku ciężkiej kontuzji, to czy Lech pozwoliłby sobie na stratę tak banalnych goli? Jednak wtedy na refleksje nie było czasu, gdyż krótko po pół godzinie grania „Kolejorza” dobił Radović. 0:3. Łomot, deklasacja, upokorzenie. Światło zgasić, boisko zaorać, do widzenia. Lech, mimo że grał całkiem przyzwoicie, to w 30 minut dał sobie wbić aż trzy gole.
Szukając winnych takiego stanu rzeczy, można wskazać dwóch piłkarzy – Wołąkiewicza i Kamińskiego. Środek obrony Wielkopolan wyglądał tragicznie. Z kolei świetnie zorganizowana linia pomocy gości stwarzała czy to Koseckiemu, czy Ljuboi kolejne okazje do trafienia. Z drugiej strony strzelać miał Bartosz Ślusarski i… każdy chyba pamięta, jak to się kończyło. „Ślusarz” w dogodnych sytuacjach trafiał we wszystko oprócz bramki. Sam snajper był rozgoryczony takim stanem rzeczy do tego stopnia, że po końcowym gwizdku wdał się w niepotrzebną utarczkę słowną z kibicem. Niemniej jednak zdobył on honorową bramkę dla poznaniaków na kwadrans przed końcem, gdy wykorzystał składną akcję dwójki Wołąkiewicz – Linetty. Od drugiego z tego duetu, czyli młodziutkiego Linetty’ego, spodziewano się więcej takich zagrań jak właśnie odegranie piętką przy sytuacji bramkowej. Jednak wydaje się, że nie zdołał on udźwignąć tego meczu mentalnie, i został wręcz nakryty czapką przez swojego rywala z Legii, Dominika Furmana.












