Największą gwiazdą aktualnego wicelidera Championship jest… jego nietuzinkowy menedżer – Mick McCarthy. Irlandczyk już od pierwszych dni swojej pracy na Portman Road zaraził wszystkich wrodzonym optymizmem i pozytywną energią, co szybko zaowocowało poprawą wyników Ipswich Town. Kibice „Traktorzystów” mają więc cichą nadzieję na powrót do angielskiej elity po 14 latach gry na jej zapleczu, ale droga do realizacji tego wymarzonego scenariusza jest jeszcze bardzo długa.
Sen o przeszłości
Ipswich Town od kilku sezonów nie może wybić się ponad ligową przeciętność Championship. Wspomnienia przełomu lat 70. i 80., kiedy popularni „Traktorzyści” zdobywali Puchar Anglii, a nawet zwyciężali w europejskich rozgrywkach (Puchar UEFA zdobyty w sezonie 1980/1981), stanowią obecnie klubową legendę. Nieliczni szczęśliwcy, którzy pamiętają te wspaniałe czasy, będą zapewne opowiadać o niepokonanej na własnym stadionie w europejskich pucharach drużynie do końca swojego życia (na Portman Road przegrywały takie tuzy światowego futbolu, jak: Real Madryt, AC Milan, Barcelona czy Inter Mediolan).
Architektem historycznych sukcesów klubu z hrabstwa Suffolk był słynny sir Bobby Robson. Jego pomnik, usytuowany naprzeciwko trybuny Cobbold Stand, nie pozwoli kibicom Ipswich zapomnieć o wybitnych dokonaniach zespołu, którego liderami byli m.in. Paul Mariner czy Terry Butcher. Były szkoleniowiec Barcelony i FC Porto przez kilka lat budował potęgę swoich drużyn. Jednak jak sam słusznie zauważył, „ludzie pragną samych sukcesów; one są jak kawa – chcesz jej natychmiast”. W Ipswich Town nikt jednak nie śmiał wymagać od Robsona natychmiastowych cudów, a ostateczny efekt jego pracy i tak przerósł oczekiwania wielu kibiców. Oczekiwania, które wraz z zatrudnianiem na Portman Road kolejnych menedżerów znacząco się obniżały.
Ostatni sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej drużyna Ipswich spędziła w latach 2001-2002. Od tego momentu „Traktorzyści” regularnie grają na zapleczu Premier League. Od dziewięciu sezonów nie potrafią jednak zająć w tabeli Championship miejsca wyższego niż ósme, chociaż w tym okresie na ławce trenerskiej zasiadali m.in. Roy Keane czy Paul Jewell. Na początku listopada 2012 roku postanowiono zatrudnić w klubie ze wschodniego wybrzeża Anglii Micka McCarthy’ego, który przez ponad pół roku nie pracował w zawodzie. Włodarze klubu z Portman Road pamiętali jednak o znakomitej pracy, jaką irlandzki menedżer wykonał w Wolverhamtpon i, jak się okazało, podjęli bardzo dobrą decyzję o jego zatrudnieniu.
Niezrozumiany geniusz komediowy
Obecny trener drużyny nazywanej w Anglii „The Tractor Boys” jest niezwykle barwną i fascynującą postacią. Już sam jego wygląd wywołuje delikatny uśmiech na twarzy – McCarthy bardziej przypomina szalonego naukowca (niektórzy mówią nawet, że jest podobny do samego Alberta Einsteina) niż byłego piłkarza czy menedżera profesjonalnej drużyny piłkarskiej. Rzadko można spotkać go w garniturze, częściej wybiera mniej formalne i luźniejsze stroje (np. koszulki polo, ortalionowe kurtki, krótkie spodenki), w których bez skrępowania staje przed kamerami telewizyjnymi. Bardzo ważnym elementem stroju Irlandczyka są kaszkiety, które od kilku lat kolekcjonuje. Poza tym w jego opisie personalnym na Twitterze (którego jest aktywnym użytkownikiem) w rubryce zainteresowania można znaleźć tak nietypowe „hobby” jak fretki czy herbata Yorkshire Tea. Menedżer Ipswich jest również entuzjastą golfa, w którego, jak sam twierdzi, gra w miarę możliwości regularnie i z niezłymi rezultatami.
Konferencje prasowe z udziałem McCarthy’ego są dla brytyjskich dziennikarzy prawdziwą gratką. Ekscentryczny trener potrafi uatrakcyjnić każde spotkanie z przedstawicielami mediów, tworząc niekiedy ze służbowego obowiązku swój osobisty performance. Jego wypowiedzi są często bardzo błyskotliwe, a przy tym niezwykle dowcipne.
McCarthy słynie jednak przede wszystkim z mocnego brytyjskiego, ale nieoczywistego poczucia humoru. Sam zresztą nazywa siebie „misunderstood comedy genius” (niezrozumiany geniusz komediowy – tłum. red.), głównie ze względu na niejednoznaczne żarty sytuacyjne, które nie wszyscy potrafią właściwie odczytać. Oto niektóre z nich:
Specjalista od spadków i awansów
W roli komika czy kabareciarza McCarthy sprawdziłby się z pewnością idealnie, ale jako trener także jest na Wyspach doceniany. W drugim pełnym sezonie pracy trenerskiej w Millwall doprowadził zespół „Lwów” do barażów o awans do ekstraklasy. Później stołeczny zespół nie zdołał nawet zbliżyć się do czołówki tabeli First Division (ówczesna druga liga angielska), powoli staczając się w okolice strefy spadkowej. Coraz słabsze wyniki zespołu z Bermondsey poskutkowały dymisją irlandzkiego menedżera na początku 1996 roku.
McCarthy nie pozostawał długo bez pracy. Już w lutym otrzymał niespodziewaną propozycję objęcia posady pierwszego trenera reprezentacji Irlandii, na którą bez wahania przystał. Miał wtedy ledwie 37 lat, co czyniło go jednym z najmłodszych szkoleniowców drużyny narodowej „The Green Army”. Z perspektywy czasu sam przyznał, że nie był wówczas gotowy na tak poważne wyzwanie, jakim jest praca selekcjonera: – Byłem za młody i niewystarczająco doświadczony, żeby poradzić sobie z prowadzeniem reprezentacji mojego kraju. To wszystko nastąpiło zdecydowanie za wcześnie. Selekcjonerem powinno się zostawać dopiero po pięćdziesiątce. Rzeczywiście, w najważniejszych momentach prowadzona przez niego kadra Irlandii przegrywała (baraże do MŚ ’98 i Euro 2000 oraz mecz 1/8 finału MŚ w 2002 roku), chociaż ogólny bilans McCarthy’ego jako selekcjonera jest dodatni (29 zwycięstw, 19 remisów, 20 porażek).
Osobistą porażką obecnego menedżera Ipswich było z pewnością wyrzucenie z drużyny narodowej (z powodów dyscyplinarnych) jednej z największych gwiazd tamtego zespołu – Roya Keane’a. Słynny pomocnik Manchesteru United odważył się w 2002 roku publicznie skrytykować przygotowania reprezentacji do mistrzostw świata oraz zarzucił McCarthy’emu niekompetencję taktyczną. Podczas przygotowań do turnieju doszło nawet do otwartej kłótni piłkarza z selekcjonerem na antenie jednej ze stacji telewizyjnych, nazwanej przez brytyjskich dziennikarzy „The Saipan Incident” (od nazwy miasta, w którym miała miejsce sprzeczka). W nagrodę Keane został odesłany do domu jeszcze przed pierwszym meczem azjatyckiego mundialu. Zdaniem ekspertów decyzja ta miała bardzo duży wpływ na słabą postawę całego zespołu w Korei i Japonii. Obaj panowie nadal pozostają w dyplomatycznych stosunkach.
Po mało udanym okresie pracy z kadrą McCarthy powrócił do prowadzenia zespołów klubowych. W marcu 2003 roku zastąpił w roli menedżera Sunderlandu Howarda Wilkinsa, który pozostawił drużynę „Czarnych Kotów” w strefie spadkowej. Przez niecałe trzy miesiące Irlandczykowi nie udało się znacząco poprawić wyników zespołu ze Stadium of Light, co zakończyło się przewidywanym przez fachowców spadkiem do drugiej ligi. Na zapleczu angielskiej ekstraklasy Sunderland spisywał się pod wodzą McCarthy’ego naprawdę dobrze – w pierwszym sezonie po relegacji klub z północno-wschodniej Anglii zajął wysokie 3. miejsce premiowane barażami (porażka w meczu półfinałowym z Crystal Palace), a w kolejnej kampanii udało się już wywalczyć bezpośredni awans do Premier League. Poziom angielskiej ekstraklasy ponownie okazał się jednak dla podopiecznych McCarthy’ego zbyt wysoki. Fatalne wyniki zespołu, znajdującego się przez większość sezonu w strefie zagrożenia, stały się oczywistą przyczyną zwolnienia irlandzkiego trenera jeszcze w trakcie trwania kampanii 2005/2006. Prawdziwą ironią losu było zatrudnienie jako następcy McCarthy’ego… Roya Keana, który nie zdołał jednak uratować ekstraklasy dla „Czarnych Kotów”.
Przywódca wilczej watahy
Działacze Wolverhampton, mając w pamięci świetne rezultaty osiągane przez drużyny McCarthy’ego w Championship, powierzyli Irlandczykowi w lipcu 2006 roku misję wprowadzenia zespołu „Wilków” do ekstraklasy. Ta sztuka udała się dopiero w trzecim sezonie pracy w klubie z West Midlands (poprzednio Wolves zajmowali odpowiednio 5. i 7. miejsce). Warto było jednak czekać aż cztery lata na ponowną rywalizację z najlepszymi zespołami w Anglii, ponieważ nikt na Molineux nie miał wątpliwości, że rolę menedżera powierzono właściwemu człowiekowi. McCarthy przez trzy lata pracy w Wolverhampton zdążył zbudować z bardzo przeciętnych technicznie piłkarzy dobrze zorganizowany, ambitnie walczący zespół, który od czasu do czasu potrafił sprawić niespodziankę w Premier League. W dwóch kolejnych sezonach „Wilkom” udawało się skutecznie bronić przed spadkiem, co dla zespołu grającego w charakterystycznych pomarańczowych koszulkach było naprawdę sporym sukcesem. Atmosfera w klubie z West Midlands była wówczas świetna, o co osobiście dbał król niewymuszonego dowcipu – McCarthy. Mimo perspektywy walki o utrzymanie potrafił wprowadzić do zespołu niezbędny luz i zdjąć z piłkarzy, przynajmniej częściowo, ciążącą na nich odpowiedzialność za wynik. Dopiero w sezonie 2011/2012 nie udało się jego podopiecznym zrealizować nakreślonego przed sezonem celu – Wolves zajęli ostatnie miejsce w tabeli Premier League.
McCarthy stał się żywą legendą klubu z Molineux. Przez prawie sześć lat pracy w Wolverhampton Wanderers udało mu się wypracować dodatni bilans spotkań (104 zwycięstwa – 100 porażek), czego nie udało się powtórzyć później żadnemu trenerowi „Wilków” (dużą szansę na to ma obecny menedżer Wolves – Kenny Jackett). Irlandczyk wypromował również kilku mniej znanych wówczas zawodników, którzy z powodzeniem grają teraz w klubach z najwyższej klasy rozgrywkowej (Steven Fletcher – obecnie Sunderland, Michael Kightly – Burnley, Matthew Jarvis – West Ham United). O jego statusie w Wolverhampton świadczy chociażby zabawna kreskówka o wiele mówiącym tytule, która powstała na cześć ekscentrycznego menedżera:
Z Polakiem w bramce do elity
Po odejściu z Wolverhampton Wanderers McCarthy zafundował sobie zasłużony, kilkumiesięczny urlop. W tym czasie pracował w roli eksperta stacji BBC oraz oddawał się swoim pasjom. W okresie wakacyjnym kontaktowali się z nim nowi właściciele Nottingham Forrest, którzy widzieli Irlandczyka w roli odbudowującego dawną potęgę klubu z City Ground, ale ostatecznie negocjacje te zakończyły się fiaskiem. Kilka tygodni później niespodziewanie otrzymał propozycję objęcia średniaka Championship – Ipswich Town – na którą chętnie przystał. McCarthy wraz ze swoim wiernym asystentem – Terrym Connorem – przeniósł się zatem pod koniec 2012 roku na Portman Road. Na przeprowadzkę do wschodniej Anglii namówił również dwóch swoich byłych podopiecznych z Wolverhampton – szkockiego obrońcę Christophe’a Berrę oraz charakternego skrzydłowego Stephena Hunta. Wraz z napastnikiem Darylem Murphym (którego menedżer Ipswich zna jeszcze z czasów pobytu w Sunderlandzie) tworzą ważną część zespołu, który wyrasta na jedną z rewelacji obecnego sezonu Championship. Aktualnie „Traktorzyści” zajmują eksponowane drugie miejsce (gwarantujące bezpośredni awans do Premier League), ustępując ledwie o punkt niespodziewanemu liderowi – beniaminkowi z Bournemouth, z którym nieco ponad miesiąc temu zremisowali na wyjeździe 2:2 w meczu ligowym.
We wspomnianym spotkaniu korespondencyjny pojedynek stoczyli dwaj polscy bramkarze – lider defensywy „The Cherries” Artur Boruc oraz nowy numer jeden w bramce Ipswich Town Bartosz Białkowski. Od ponad miesiąca polski golkiper grający do tej pory w słabszych klubach drugiej i trzeciej ligi angielskiej regularnie broni dostępu do bramki wicelidera Championship i zbiera na Wyspach całkiem niezłe recenzje. – Bart jest fantastyczny. Na treningach niektórymi interwencjami łamie serca kolegów – w swoim stylu podsumował postawę Polaka menedżer Ipswich Town.
„Traktorzyści” notują obecnie fantastyczną serię 11 kolejnych meczów bez porażki, a McCarthy może poszczycić się najlepszym bilansem szkoleniowym (ponad 40% wygranych meczów) od czasów Joe Royle’a (2002-2006), za którego kadencji Ipswich dwukrotnie awansowało do play-off. Praca Irlandczyka już została doceniana przez władze klubu z Suffolk – pod koniec czerwca ubiegłego roku McCarthy podpisał nową, 3-letnią umowę.
Drużynę Ipswich Town czekają w najbliższym czasie dwa bardzo trudne mecze – na wyjeździe z ekstraklasowym Southampton (w III rundzie FA Cup) oraz na własnym stadionie z Derby County (aktualnie trzecią siłą Championship). Jeśli podopieczni irlandzkiego szkoleniowca osiągną w nich pozytywne rezultaty, już nikt nie będzie miał wątpliwości, że „Traktorzystów” stać na awans do Premier League.
Największą gwiazdą aktualnego wicelidera Championship jest… jego nietuzinkowy menedżer – Mick McCarthy. Irlandczyk już od pierwszych dni swojej pracy na Portman Road zaraził wszystkich wrodzonym optymizmem i pozytywną energią, co szybko zaowocowało poprawą wyników Ipswich Town. Kibice „Traktorzystów” mają więc cichą nadzieję na powrót do angielskiej elity po 14 latach gry na jej zapleczu, ale droga do realizacji tego wymarzonego scenariusza jest jeszcze bardzo długa.
Sen o przeszłości
Ipswich Town od kilku sezonów nie może wybić się ponad ligową przeciętność Championship. Wspomnienia przełomu lat 70. i 80., kiedy popularni „Traktorzyści” zdobywali Puchar Anglii, a nawet zwyciężali w europejskich rozgrywkach (Puchar UEFA zdobyty w sezonie 1980/1981), stanowią obecnie klubową legendę. Nieliczni szczęśliwcy, którzy pamiętają te wspaniałe czasy, będą zapewne opowiadać o niepokonanej na własnym stadionie w europejskich pucharach drużynie do końca swojego życia (na Portman Road przegrywały takie tuzy światowego futbolu, jak: Real Madryt, AC Milan, Barcelona czy Inter Mediolan).
Architektem historycznych sukcesów klubu z hrabstwa Suffolk był słynny sir Bobby Robson. Jego pomnik, usytuowany naprzeciwko trybuny Cobbold Stand, nie pozwoli kibicom Ipswich zapomnieć o wybitnych dokonaniach zespołu, którego liderami byli m.in. Paul Mariner czy Terry Butcher. Były szkoleniowiec Barcelony i FC Porto przez kilka lat budował potęgę swoich drużyn. Jednak jak sam słusznie zauważył, „ludzie pragną samych sukcesów; one są jak kawa – chcesz jej natychmiast”. W Ipswich Town nikt jednak nie śmiał wymagać od Robsona natychmiastowych cudów, a ostateczny efekt jego pracy i tak przerósł oczekiwania wielu kibiców. Oczekiwania, które wraz z zatrudnianiem na Portman Road kolejnych menedżerów znacząco się obniżały.
Ostatni sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej drużyna Ipswich spędziła w latach 2001-2002. Od tego momentu „Traktorzyści” regularnie grają na zapleczu Premier League. Od dziewięciu sezonów nie potrafią jednak zająć w tabeli Championship miejsca wyższego niż ósme, chociaż w tym okresie na ławce trenerskiej zasiadali m.in. Roy Keane czy Paul Jewell. Na początku listopada 2012 roku postanowiono zatrudnić w klubie ze wschodniego wybrzeża Anglii Micka McCarthy’ego, który przez ponad pół roku nie pracował w zawodzie. Włodarze klubu z Portman Road pamiętali jednak o znakomitej pracy, jaką irlandzki menedżer wykonał w Wolverhamtpon i, jak się okazało, podjęli bardzo dobrą decyzję o jego zatrudnieniu.
Niezrozumiany geniusz komediowy
Obecny trener drużyny nazywanej w Anglii „The Tractor Boys” jest niezwykle barwną i fascynującą postacią. Już sam jego wygląd wywołuje delikatny uśmiech na twarzy – McCarthy bardziej przypomina szalonego naukowca (niektórzy mówią nawet, że jest podobny do samego Alberta Einsteina) niż byłego piłkarza czy menedżera profesjonalnej drużyny piłkarskiej. Rzadko można spotkać go w garniturze, częściej wybiera mniej formalne i luźniejsze stroje (np. koszulki polo, ortalionowe kurtki, krótkie spodenki), w których bez skrępowania staje przed kamerami telewizyjnymi. Bardzo ważnym elementem stroju Irlandczyka są kaszkiety, które od kilku lat kolekcjonuje. Poza tym w jego opisie personalnym na Twitterze (którego jest aktywnym użytkownikiem) w rubryce zainteresowania można znaleźć tak nietypowe „hobby” jak fretki czy herbata Yorkshire Tea. Menedżer Ipswich jest również entuzjastą golfa, w którego, jak sam twierdzi, gra w miarę możliwości regularnie i z niezłymi rezultatami.
Konferencje prasowe z udziałem McCarthy’ego są dla brytyjskich dziennikarzy prawdziwą gratką. Ekscentryczny trener potrafi uatrakcyjnić każde spotkanie z przedstawicielami mediów, tworząc niekiedy ze służbowego obowiązku swój osobisty performance. Jego wypowiedzi są często bardzo błyskotliwe, a przy tym niezwykle dowcipne.
McCarthy słynie jednak przede wszystkim z mocnego brytyjskiego, ale nieoczywistego poczucia humoru. Sam zresztą nazywa siebie „misunderstood comedy genius” (niezrozumiany geniusz komediowy – tłum. red.), głównie ze względu na niejednoznaczne żarty sytuacyjne, które nie wszyscy potrafią właściwie odczytać. Oto niektóre z nich:
Specjalista od spadków i awansów
W roli komika czy kabareciarza McCarthy sprawdziłby się z pewnością idealnie, ale jako trener także jest na Wyspach doceniany. W drugim pełnym sezonie pracy trenerskiej w Millwall doprowadził zespół „Lwów” do barażów o awans do ekstraklasy. Później stołeczny zespół nie zdołał nawet zbliżyć się do czołówki tabeli First Division (ówczesna druga liga angielska), powoli staczając się w okolice strefy spadkowej. Coraz słabsze wyniki zespołu z Bermondsey poskutkowały dymisją irlandzkiego menedżera na początku 1996 roku.
McCarthy nie pozostawał długo bez pracy. Już w lutym otrzymał niespodziewaną propozycję objęcia posady pierwszego trenera reprezentacji Irlandii, na którą bez wahania przystał. Miał wtedy ledwie 37 lat, co czyniło go jednym z najmłodszych szkoleniowców drużyny narodowej „The Green Army”. Z perspektywy czasu sam przyznał, że nie był wówczas gotowy na tak poważne wyzwanie, jakim jest praca selekcjonera: – Byłem za młody i niewystarczająco doświadczony, żeby poradzić sobie z prowadzeniem reprezentacji mojego kraju. To wszystko nastąpiło zdecydowanie za wcześnie. Selekcjonerem powinno się zostawać dopiero po pięćdziesiątce. Rzeczywiście, w najważniejszych momentach prowadzona przez niego kadra Irlandii przegrywała (baraże do MŚ ’98 i Euro 2000 oraz mecz 1/8 finału MŚ w 2002 roku), chociaż ogólny bilans McCarthy’ego jako selekcjonera jest dodatni (29 zwycięstw, 19 remisów, 20 porażek).
Osobistą porażką obecnego menedżera Ipswich było z pewnością wyrzucenie z drużyny narodowej (z powodów dyscyplinarnych) jednej z największych gwiazd tamtego zespołu – Roya Keane’a. Słynny pomocnik Manchesteru United odważył się w 2002 roku publicznie skrytykować przygotowania reprezentacji do mistrzostw świata oraz zarzucił McCarthy’emu niekompetencję taktyczną. Podczas przygotowań do turnieju doszło nawet do otwartej kłótni piłkarza z selekcjonerem na antenie jednej ze stacji telewizyjnych, nazwanej przez brytyjskich dziennikarzy „The Saipan Incident” (od nazwy miasta, w którym miała miejsce sprzeczka). W nagrodę Keane został odesłany do domu jeszcze przed pierwszym meczem azjatyckiego mundialu. Zdaniem ekspertów decyzja ta miała bardzo duży wpływ na słabą postawę całego zespołu w Korei i Japonii. Obaj panowie nadal pozostają w dyplomatycznych stosunkach.
Po mało udanym okresie pracy z kadrą McCarthy powrócił do prowadzenia zespołów klubowych. W marcu 2003 roku zastąpił w roli menedżera Sunderlandu Howarda Wilkinsa, który pozostawił drużynę „Czarnych Kotów” w strefie spadkowej. Przez niecałe trzy miesiące Irlandczykowi nie udało się znacząco poprawić wyników zespołu ze Stadium of Light, co zakończyło się przewidywanym przez fachowców spadkiem do drugiej ligi. Na zapleczu angielskiej ekstraklasy Sunderland spisywał się pod wodzą McCarthy’ego naprawdę dobrze – w pierwszym sezonie po relegacji klub z północno-wschodniej Anglii zajął wysokie 3. miejsce premiowane barażami (porażka w meczu półfinałowym z Crystal Palace), a w kolejnej kampanii udało się już wywalczyć bezpośredni awans do Premier League. Poziom angielskiej ekstraklasy ponownie okazał się jednak dla podopiecznych McCarthy’ego zbyt wysoki. Fatalne wyniki zespołu, znajdującego się przez większość sezonu w strefie zagrożenia, stały się oczywistą przyczyną zwolnienia irlandzkiego trenera jeszcze w trakcie trwania kampanii 2005/2006. Prawdziwą ironią losu było zatrudnienie jako następcy McCarthy’ego… Roya Keana, który nie zdołał jednak uratować ekstraklasy dla „Czarnych Kotów”.
Przywódca wilczej watahy
Działacze Wolverhampton, mając w pamięci świetne rezultaty osiągane przez drużyny McCarthy’ego w Championship, powierzyli Irlandczykowi w lipcu 2006 roku misję wprowadzenia zespołu „Wilków” do ekstraklasy. Ta sztuka udała się dopiero w trzecim sezonie pracy w klubie z West Midlands (poprzednio Wolves zajmowali odpowiednio 5. i 7. miejsce). Warto było jednak czekać aż cztery lata na ponowną rywalizację z najlepszymi zespołami w Anglii, ponieważ nikt na Molineux nie miał wątpliwości, że rolę menedżera powierzono właściwemu człowiekowi. McCarthy przez trzy lata pracy w Wolverhampton zdążył zbudować z bardzo przeciętnych technicznie piłkarzy dobrze zorganizowany, ambitnie walczący zespół, który od czasu do czasu potrafił sprawić niespodziankę w Premier League. W dwóch kolejnych sezonach „Wilkom” udawało się skutecznie bronić przed spadkiem, co dla zespołu grającego w charakterystycznych pomarańczowych koszulkach było naprawdę sporym sukcesem. Atmosfera w klubie z West Midlands była wówczas świetna, o co osobiście dbał król niewymuszonego dowcipu – McCarthy. Mimo perspektywy walki o utrzymanie potrafił wprowadzić do zespołu niezbędny luz i zdjąć z piłkarzy, przynajmniej częściowo, ciążącą na nich odpowiedzialność za wynik. Dopiero w sezonie 2011/2012 nie udało się jego podopiecznym zrealizować nakreślonego przed sezonem celu – Wolves zajęli ostatnie miejsce w tabeli Premier League.
McCarthy stał się żywą legendą klubu z Molineux. Przez prawie sześć lat pracy w Wolverhampton Wanderers udało mu się wypracować dodatni bilans spotkań (104 zwycięstwa – 100 porażek), czego nie udało się powtórzyć później żadnemu trenerowi „Wilków” (dużą szansę na to ma obecny menedżer Wolves – Kenny Jackett). Irlandczyk wypromował również kilku mniej znanych wówczas zawodników, którzy z powodzeniem grają teraz w klubach z najwyższej klasy rozgrywkowej (Steven Fletcher – obecnie Sunderland, Michael Kightly – Burnley, Matthew Jarvis – West Ham United). O jego statusie w Wolverhampton świadczy chociażby zabawna kreskówka o wiele mówiącym tytule, która powstała na cześć ekscentrycznego menedżera:
Z Polakiem w bramce do elity
Po odejściu z Wolverhampton Wanderers McCarthy zafundował sobie zasłużony, kilkumiesięczny urlop. W tym czasie pracował w roli eksperta stacji BBC oraz oddawał się swoim pasjom. W okresie wakacyjnym kontaktowali się z nim nowi właściciele Nottingham Forrest, którzy widzieli Irlandczyka w roli odbudowującego dawną potęgę klubu z City Ground, ale ostatecznie negocjacje te zakończyły się fiaskiem. Kilka tygodni później niespodziewanie otrzymał propozycję objęcia średniaka Championship – Ipswich Town – na którą chętnie przystał. McCarthy wraz ze swoim wiernym asystentem – Terrym Connorem – przeniósł się zatem pod koniec 2012 roku na Portman Road. Na przeprowadzkę do wschodniej Anglii namówił również dwóch swoich byłych podopiecznych z Wolverhampton – szkockiego obrońcę Christophe’a Berrę oraz charakternego skrzydłowego Stephena Hunta. Wraz z napastnikiem Darylem Murphym (którego menedżer Ipswich zna jeszcze z czasów pobytu w Sunderlandzie) tworzą ważną część zespołu, który wyrasta na jedną z rewelacji obecnego sezonu Championship. Aktualnie „Traktorzyści” zajmują eksponowane drugie miejsce (gwarantujące bezpośredni awans do Premier League), ustępując ledwie o punkt niespodziewanemu liderowi – beniaminkowi z Bournemouth, z którym nieco ponad miesiąc temu zremisowali na wyjeździe 2:2 w meczu ligowym.
We wspomnianym spotkaniu korespondencyjny pojedynek stoczyli dwaj polscy bramkarze – lider defensywy „The Cherries” Artur Boruc oraz nowy numer jeden w bramce Ipswich Town Bartosz Białkowski. Od ponad miesiąca polski golkiper grający do tej pory w słabszych klubach drugiej i trzeciej ligi angielskiej regularnie broni dostępu do bramki wicelidera Championship i zbiera na Wyspach całkiem niezłe recenzje. – Bart jest fantastyczny. Na treningach niektórymi interwencjami łamie serca kolegów – w swoim stylu podsumował postawę Polaka menedżer Ipswich Town.
„Traktorzyści” notują obecnie fantastyczną serię 11 kolejnych meczów bez porażki, a McCarthy może poszczycić się najlepszym bilansem szkoleniowym (ponad 40% wygranych meczów) od czasów Joe Royle’a (2002-2006), za którego kadencji Ipswich dwukrotnie awansowało do play-off. Praca Irlandczyka już została doceniana przez władze klubu z Suffolk – pod koniec czerwca ubiegłego roku McCarthy podpisał nową, 3-letnią umowę.
Drużynę Ipswich Town czekają w najbliższym czasie dwa bardzo trudne mecze – na wyjeździe z ekstraklasowym Southampton (w III rundzie FA Cup) oraz na własnym stadionie z Derby County (aktualnie trzecią siłą Championship). Jeśli podopieczni irlandzkiego szkoleniowca osiągną w nich pozytywne rezultaty, już nikt nie będzie miał wątpliwości, że „Traktorzystów” stać na awans do Premier League.