W jednym z najciekawiej zapowiadających się spotkań IV rundy Pucharu Anglii Manchester City pokonał na wyjeździe Stoke City 1:0. Bramkę na wagę zwycięstwa zdobył na pięć minut przed końcem spotkania Pablo Zabaleta.
Spotkanie w pierwszych minutach było rozgrywane pod dyktando Manchesteru City, w 3. minucie David Silva miał dobrą okazję do otworzenia wyniku, ale po jego strzale piłka przeszła ponad bramką. Już po kilku chwilach gospodarze zaczęli brać sprawy w swoje ręce i odpowiedzieli kilkoma groźnymi sytuacjami. Najpierw strzału głową próbował Kenwyne Jones, a siedem minut później strzał Glenna Whelana został zablokowany.

W drugim kwadransie inicjatywę przejęli goście, a najlepszą sytuację do otwarcia wyniku miał w 20. minucie David Silva. Hiszpan po krótko rozegranym rzucie wolnym uderzył piłkę z narożnika pola karnego w kierunku długiego słupka. Piłkarze Stoke mogą mówić o dużym szczęściu, bo futbolówka po tym strzale nie zatrzepotała w siatce, tylko zatrzymała się na słupku. W 28. minucie piłkę z siatki po strzale Shawcrossa musiał wyjmować Pantilimon, ale sędzia odgwizdał spalonego piłkarza Stoke.
Przez ostatnie 15 minut pierwszej połowy również to Manchester City był stroną prowadzącą grę, ale nie potrafił udokumentować swojej przewagi choćby jednym trafieniem. Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy Roberto Mancini został zmuszony do przeprowadzenia pierwszej zmiany, gdyż kontuzji doznał Vincent Kompany. Jego miejsce zajął Gael Clichy.
Drugą połowę goście rozpoczęli od mocnego uderzenia. Już w 49. minucie Edin Dżeko powinien zdobyć bramkę strzałem z pięciu metrów, ale jego uderzenie w ostatniej chwili zablokował jeden z obrońców i skończyło się tylko na rzucie rożnym. Siedem minut później Shawcross chciał strzelić gola głową, ale uderzył niecelnie.
Po godzinie gry do słowa chciał dojść Aleksander Kolarov, ale ofensywnie usposobiony obrońca „The Citizens” nie zdołał pokonać dobrze dysponowanego dziś Thomasa Sorensena. W 73. minucie Tony Pulis, chcąc wykorzystać niemoc strzelecką mistrzów Anglii, postanowił wzmocnić siłę ataku swojej drużyny i wprowadził na plac gry Petera Croucha.

Pojawienie się Anglika na boisku dało ekipie „Garncarzy” nowe siły, od tego momentu piłkarze w czerwono-białych koszulkach zaczęli wygrywać walkę w środku pola z przyjezdnymi. Ich linia pomocy zaczęła wymieniać dziesiątki ładnych podań, przez kilka dobrych minut zamykając rywali w ich polu karnym. Nie obyło się też bez licznych dośrodkowań szukających rosłego snajpera w obrębie „szesnastki”.











