Tak, tak, to nie pomyłka. „The Citizens” odnieśli już czwarte zwycięstwo z rzędu nad lokalnym rywalem. Coś co byłoby niewyobrażalne w erze Sir Alexa Fergusona, teraz stało się faktem.
Przed spotkaniem z racji pozycji w tabeli, i obecnego statusu drużyny(City to mistrz Anglii, United poprzedni sezon zakończyli na siódmej pozycji) faworytem był Manchester City. Zespół Pellegriniego rzecz jasna przeżywał w ostatnim czasie spore trudności, choćby wspomnieć, że nie wygrał żadnego z poprzednich trzech spotkań, ale ich rywale borykali się z jeszcze większymi problemami. W dodatku mecz był rozgrywany na Etihad co naturalnie wzmacniało pozycję City jako faworyta.
W dodatku gospodarze wybiegli w podstawowym składzie i jedyną kluczową postacią, której zabrakło był David Silva, ale nie zaważyło to na losach meczu. Van Gaal miał za to problem z ustawieniem formacji obronnej, ale to stało się już tradycją dla „Czerwonych Diabłów” w obecnej kampanii. Samo spotkanie było dość wyrównane i bez dogodniejszych okazji bramkowych do momentu, w którym z boiska wyleciał Chris Smalling. Zdziesiątkowaną personalnie defensywę uzupełnił wtedy Carrick zastępując na boisku mizernego Januzaja. Nie był to koniec problemów drużyny z Old Trafford w tym spotkaniu. Na początku drugiej części meczu z kontuzją boisko opuścił Marcos Rojo, a w jego miejsce wszedł młody Patrick McNair.
Brak zorganizowanego bloku obronnego widać było w akcji bramkowej drużyny grającej w błękitnych strojach. Najpierw z wślizgiem nie zdążył Angel Di Maria(notabene rozgrywający najgorsze spotkanie od czasu przybycia na Wyspy), więc prostopadłe podanie Toure trafiło na skraj pola karnego do Gaela Clichy’ego. Francuz świetnie dograł do Aguero, który musiał tylko dostawić nogę. A miał na to miejsce przez to, że młodziutki McNair zwyczajnie zaspał z kryciem, zostawiając napastnika klasy Aguero na piątym metrze samego. To mniej więcej taka sama rozwaga jak wejście na popularną „Żyletę” na Łazienkowskiej w koszulce Polonii Warszawa. Dla Argentyńczyka był to 11 gol w ostatnich 12 meczach Premier League – jak wiadomo nie jest to ilość, którą byłby w stanie strzelić każdy napastnik.
United stać było tylko na jedną indywidualną akcję Wayne’a Rooneya, który widząc bezradność swoich kolegów postanowił wziąć sprawy w swoje nogi. Anglikowi udało się minąć trzech rywali od strefy środkowej boiska, aż pod pole karne Harta, ale zabrakło strzału kończącego ten efektowny rajd. Więcej strzałów w statystykach za ten mecz powinni mieć piłkarze Manchesteru City. A to z racji tego, że nie dostali co najmniej dwóch pewnych karnych(pewnych po obejrzeniu powtórek, bo dla pana Michaela Olivera widać nie były pewne) i drugich dwóch, które można by było podyktować, ale nie były aż tak pewne.
We wszystkich pomeczowych analizach warto zwrócić uwagę na ciekawą opinię Gary’ego Linekera, który powiedział, że jak na najdroższy skład w historii PL, United mają wybitnie słabych obrońców. Nie sposób nie zgodzić się z taką opinią, która tylko potwierdza przedsezonowe obserwacje mówiące, że kadrze ,,Czerwonych Diabłów” na pewno nie sposób odmówić jakości, jeśli chodzi o piłkarzy ofensywnych, ale brak temu zespołowi równowagi, która jest niezbędna drużynom rywalizującym na najwyższym poziomie.











