Na City of Manchester Stadium, w ramach ostatniego spotkania drugiej kolejki angielskiej ekstraklasy, zmierzyły się drużyny Manchesteru City oraz Liverpoolu. Po stronie „Obywateli” zadebiutował ściągnięty z Aston Villi James Milner, który notabene zaliczył dobry występ. Gospodarze przeważali w każdym aspekcie gry i pewnie ograli Liverpool 3:0.
Przez pierwsze minuty spotkania obie drużyny wykazywały się rozeznaniem przy rozgrywaniu akcji, nikt nie chciał bowiem zacząć spotkania od wpadki. Podopieczni Roberto Manciniego coś o tym wiedzą, gdyż w zeszłym sezonie częstokroć jako pierwsi tracili bramkę, a nieraz wiele kłopotów sprawiało im odrabianie strat. Błędów jednak nie powtórzyli, gdyż już po trzynastu minutach gry gospodarzom dał prowadzenie Gareth Barry. Asystował mu kolega za czasów jego gry w Aston Villi, James Milner, który w doskonały sposób wyłożył mu piłkę do strzału. Chwilę później podwyższyć wynik próbował jeszcze Carlos Tevez. Ciekawie zrobiło się zatem już na początku. Być może na gospodarzy podziałała tak obecność szejka Mansoura. Warto dodać, że to pierwszy raz, w którym aktualny właściciel „The Citizens” pojawił się na City of Manchester Stadium.

Z pierwszych dwóch kwadransów gry płynie wniosek, że gospodarze doskonale wykorzystali przewagę własnego boiska. Liverpool nie stworzył sobie bowiem żadnej klarownej sytuacji, w której Joe Hart zostałby zmuszony do wysiłku. Wśród podopiecznych Manciniego na boisku brylowali Yaya Toure oraz Adam Johnson. Kolejnych strzałów próbował podbudowany bramką Barry, który w zeszłym sezonie, nawiasem mówiąc, nie był w tej dziedzinie najlepszy. Interwencje obrony były też dużo pewniejsze niż w meczu z Tottenhamem, a rywalom cienia nadziei na składną akcję lewą flanką nie pozostawiał rosły defensor City, Micah Richards.
Pod koniec pierwszej połowy dwa strzały zdołali oddać podopieczni Roya Hodgsona. Na pewno jednak nie pokrywały się one z wymaganiami menadżera, gdyż jego zawodnicy musieli uciekać się do prób z przedpola. Gospodarze zaś na boisku poruszali się po prostu z gracją, niejednokrotnie zagrażając bramce Reiny. Nawet, gdy już wchodzili w pole karne rywala, to stale szukali lepszych rozwiązań, nie bojąc się efektownej gry i dryblingu.
Druga odsłona spotkania zaczęła się dość podobnie, jak sam początek meczu. Już po ośmiu minutach od wznowienia gry padła druga bramka dla „The Citizens”, tym razem po stałym fragmencie gry, a konkretnie rzucie rożnym. Najwyżej spośród zawodników ustawionych w polu karnym wybił się Micah Richards, po czym uderzył głową na bramkę Reiny. Jego strzał przedłużył Carlos Tevez. Sposób zagrania Argentyńczyka mógł zmylić bramkarza gości i w rezultacie padł gol. Sama bramka wywołała jednak kontrowersje, gdyż napastnik może jedynie musnął futbolówkę. Zatem czy powinna być ona zaliczona na konto obrońcy?











