Rozgrywki Bundesligi nabierają rumieńców. Powoli zarysowuje się obraz ligi niemieckiej w tym sezonie i widać, kto jest w doskonałej formie i będzie walczył o sukces, a kto będzie się desperacko bronił przed spadkiem.
Mecz Schalke z Fortuną jest właśnie spotkaniem z dwóch innych światów. Z jednej strony drużyna z Gelsenkirchen, od zawsze silna, od zawsze groźna, od zawsze z ogromnym potencjałem, ale też od zawsze niespełniająca oczekiwań, mimo bycia uznawaną za faworyta. Z drugiej strony Fortuna Düsseldorf, która w Bundeslidze jest, zdawałoby się, przypadkiem i w której absolutnie nikt nie widzi pierwszoligowego potencjału. Jak starcie tych dwóch ekip wyglądało w praktyce?

Żartobliwie mówiąc: fortuna nie sprzyjała Fortunie od samego początku. Niektórzy uważali, że Schalke ten mecz może przegrać tylko na własne życzenie, gdy zlekceważy rywala i cudem nadzieje się na kontrę. Zawodnicy z Düsseldorfu chcieli udowodnić, że nie mają kompleksów i nie uklękną przed marką Schalke. To właśnie gospodarze zaczęli pojedynek od ataków, ku zaskoczeniu wszystkich. Ich podania były celne, ale brakowało wykończenia akcji. Piłkarze jakby sami się dziwili, że mieli miejsce w polu karnym przeciwnika, i nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić.
Po kilku nieudanych główkach i ofsajdach po stronie gospodarzy piłkarze Schalke chyba zdecydowali, że to koniec tego dobrego i czas zacząć grać w piłkę. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w 13. minucie meczu na listę strzelców wpisał się Klaas-Jan Huntelaar, który raz po raz udowadnia, że tytuł króla strzelców zdobyty w zeszłym sezonie to nie był przypadek.
Szybko wyprowadzony cios zamroczył piłkarzy Fortuny, ale dopiero kolejna bramka, zdobyta zaledwie siedem minut później, okazała się razem, który posłał beniaminka na deski. Po świetnym dośrodkowaniu Christiana Fuchsa z rzutu rożnego Joel Matip nie miał problemów z umieszczeniem piłki w bramce przy użyciu głowy, która w ofensywie jest jego najgroźniejszą bronią.
Zawodnicy z Gelsenkirchen nie ustępowali i co chwila stwarzali zagrożenie pod bramką gospodarzy. Wydawało się, że rzuty rożne są najskuteczniejszą metodą na pokonanie piłkarzy Fortuny, którzy w obronie grali bardzo chaotycznie, bez wątpienia z oddaniem, ale jednak chaotycznie. Ich niepewność utwierdzała graczy Schalke w przekonaniu, że ten mecz trzeba jak najszybciej skończyć, bo zwycięzca może być tylko jeden. Kolejny kwadrans był pełen walki, nie zawsze zgodnej z przepisami. W 35. minucie żółty kartonik ujrzał Jens Langeneke, który był wyraźnie poirytowany niemocą ofensywną swojej drużyny.
Po pierwszej połowie na tablicy świetlnej widniał rezultat 0:2, co nie było wielkim zaskoczeniem. Trener Fortuny zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli tego meczu nie da się wygrać, to trzeba chociaż pozostawić po sobie dobre wrażenie. Wynikiem tego była zmiana, po przerwie na boisku ujrzeliśmy nowego zawodnika, z boiska zszedł Adam Bodzek, a zastąpił go Stefan Reisinger. Już trzy minuty po rozpoczęciu drugiej połowy nastąpiło coś, czego nikt się nie spodziewał. Fortuna odrobiła jednego gola za sprawą duetu Woronin – Schahin. Pierwszy podawał, drugi wykańczał akcję i upragniona bramka została zdobyta.









