Fot. Robin van Persie otworzył swoje konto strzeleckie w barwach MU
Super Sunday za nami. Po niedzielnych szlagierach wiemy, że… nic nie wiemy, bo City nie powiedziało ostatniego słowa i United w dalszym ciągu czuje na plecach oddech sąsiadów zza miedzy. Liverpool i Arsenal walczyły dzielnie, ale poleciały z szablami na czołgi. Jakie wnioski nasuwają się po niedzielnych szlagierach 22. kolejki Premier League?
Derby Anglii
Legendarny menedżer Liverpoolu, Bill Shankly, mawiał: „If you are first, you are first. If you are second, you are nothing”.
Kiedy w 1990 roku „Król Kenny” Dalglish podniósł w górę puchar za 18. mistrzostwo Anglii, nie przypuszczał, że susza na Anfield będzie trwała blisko 23 lata. Restauracji mistrzowskiej dynastii Liverpoolu nie udało się dokonać ani Houllierowi, ani Benitezowi i jego „Rafalucji”, ani także ponownie Dalglishowi. Zmierzch jednych bogów był katalizatorem powstania nowej potęgi, tym razem arcyrywali „The Reds”, czyli Manchesteru United. Ferguson przegonił wszystkich, w tym legendarnych bossów z Anfield, jak cytowanego wyżej Shankly’ego czy Boba Paisleya. Obecnie „Czerwone Diabły” mają na koncie 19 tytułów mistrzowskich, o jeden więcej niż ich znienawidzeni oponenci. I nie myślcie sobie, że wraz z rozwojem i komercjalizacją Premier League konflikt ten przycichł. Nie będę oryginalny, ale nic nie jest lepszą wizytówką tej rywalizacji niż kolekcja koszulek rywali z boiska, należąca do żywego pomnika klubu z Anfield, czyli Stevena Gerrarda. Kapitan „The Reds” z dumą podkreśla, że nie ma tam ani jednej koszulki Manchesteru United. Po czym dodaje z uśmiechem: „I nigdy nie będzie”.
Robin van Persie (fot. Skysports.com)
Sam mecz stał na bardzo wysokim poziomie. Piłka chodziła od jednej „szesnastki” do drugiej, jak głowa podczas gry w ping ponga na Nintendo. Dwubramkowe prowadzenie objęły „Czerwone Diabły”, ale „The Reds” ambitnie gonili wynik aż do końca, momentami będąc blisko remisu. Jakie liczby zostają w głowie po meczu?
15 – ten numer Brendan Rodgers powinien niczym mantrę powtarzać sobie od wczoraj codziennie przed snem, myśląc o ustalaniu składu na kolejne mecze. Danny Sturridge momentalnie wkomponował się w liverpoolskie barwy. Widać, jak bardzo był naładowany i nieco zawiedziony, iż nie zaczął tego meczu od pierwszych minut. A szkoda, bo jego wpływ na grę (oraz wynik – strzelił kontaktową bramkę) dało się odczuć niemal natychmiast po wejściu Anglika na murawę. Wydaje się, iż młody napastnik znalazł wreszcie odpowiednie dla siebie miejsce do gry i właśnie na Anfield dostanie swoją życiową szansę. Jego historia przypomina nieco tę Theo Walcotta. Obaj z uporem maniaka ustawiani byli na skrzydle, z kwaśną miną realizując założenia taktyczne menedżerów. A to przecież urodzeni napastnicy. Sturridge grywał ogony w Chelsea, sprawiając momentami wrażenie rozkapryszonego. Wydaje się piłkarzem, któremu o wiele lepiej idzie, jeśli ma czarno na białym napisane, że od teraz to on będzie gwiazdą i ma pełne zaufanie trenera. Tego nie miał na Stamford Bridge, a otrzymał to właśnie wraz z podpisaniem kontraktu z Liverpoolem. Stworzy ekscytujący atak wraz Luisem Suarezem.
71 – tyle lat właśnie skończył tuż przed nowym rokiem (31.12.) sir Alex Ferguson. Mam nieodparte wrażenie, że oszukał on czas i młodnieje z każdym kolejnym rokiem, zamiast się starzeć. Szkot podpisał chyba jakiś cyrograf, a dziennikarze na Wyspach, od lat traktowani przez niego – nazwijmy to delikatnie mówiąc – nieuprzejmie, boją się zapewne, iż będzie on trenował United następne ćwierćwiecze (co wcale nie jest niemożliwe, patrząc na jego formę). O Fergusonie pisałem ju tutaj, więc skupmy się na jego zespole. „Czerwone Diabły” grają odważnie, do przodu, z pomysłem. Wydaje się, iż kolejny raz sir Aleks znalazł mistrzowską mieszankę łączącą młodość z rutyną. Vidic z Ferdinandem to dwa doświadczone, szczwane lisy, przeciwko Liverpoolowi wykonali oni tytaniczną wręcz pracę w tyłach. Są młodzi De Gea, Jones, Rafael, Welbeck, „Chicharito” i Cleverley, którzy już dziś stanowią o sile zespołu, a będą tutaj przez następne 10-13 lat. O sile zespołu świadczy fakt, że przeciwko „The Reds” ekipa SAF-a musiała radzić sobie bez swojego talizmanu, czyli Wayne’a Rooneya, a i tak wygrała. A van Persie? Robin jest obecnie królem, ale o nim jeszcze będzie w tym tekście.
Mistrz to jednak mistrz
Mimo iż to właśnie „Czerwonym Diabłom” wkłada się już praktycznie dzisiaj na głowę koronę nowych mistrzów BPL, to nie możemy zapominać, kto w dalszym ciągu jest aktualnie i miłościwie panującym monarchą na angielskiej ziemi. Chłopcy Manciniego nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i kwestia mistrzostwa jest nadal sprawą otwartą. Pytanie zasadnicze jednak brzmi: czy obecna forma City to chwilowe wspomnienie zeszłego sezonu, czy stała tendencja zwyżkowa? Gracze z Etihad Stadium wygrali trzeci mecz z rzędu, rozkładając po kolei: rewelację rozgrywek, Norwich, na Carrow Road (4:3), defensywnie i twardo grające Stoke (3:0) oraz wczoraj Arsenal (2:0). Mecz na Emirates od początku należał do gości z Manchesteru i zaryzykuję stwierdzenie, że nawet bez czerwonej kartki dla Kościelnego spotkanie wyglądałoby podobnie. Mecz był szybki, dobry, choć trochę jednostronny. „Kanonierzy”, podobnie jak Liverpool we wcześniejszym meczu, próbowali gonić wynik, jednak nadaremnie. Czas na numerki:
Theo Walcott (fot. Skysports.com)
7,5 – tyle lat minęło od ostatniego sukcesu Arsenalu w jakichkolwiek rozgrywkach (puchar Anglii w 2005 roku). Dzieciaki Wengera zdążyły dorosnąć, uciec (jak np. Fabregas, RvP czy Clichy) i nie zanosi się na to, aby sytuacja miała ulec zmianie. Można nieśmiało stwierdzić, że Wenger zmienił nieco podejście i zamiast toczyć bitwę z Barceloną o kolejnego rewelacyjnego 12-latka, sięgnął wreszcie głęboko do portfela. Sprowadził Giroud, Cazorlę, Artetę, Podolskiego. Uznajmy to za sezon przebudowy. Zobaczymy za rok.
12 – Olivier Giroud. Francuz niepodzielnie królował w Ligue 1 wraz z Montpelier dzieląc i rządząc w byłej ojczyźnie Rosjanina Depardieu. Anglia to jednak nie Francja, o czym boleśnie przekonał się rosły napastnik. Następny sezon to być albo nie być dla Giroud. Wczoraj po wejściu na plac gry zrobił trochę wiatru na boisku, ale to jeszcze nie to. Brak wykończenia, kropki nad i.
Roberto Mancini (fot. skysports.com)
14 – Walcott chce być drugim Henrym i nie chodzi tylko o numer na koszulce. Nie wiadomo tylko, czy da się być drugim Henrym. Theo prawdopodobnie zostanie w Arsenalu, otrzymując sowitą (oczywiście jak na warunki płacowe „Kanonierów”) podwyżkę i upragnioną gwarancję gry w ataku, a nie jak w zeszłych latach na skrzydle. Obstawiam, iż scheda po Henrym to jednak za wysokie progi jak na Walcottowe nogi i nie udźwignie on tej korony. Potwierdził to wczorajszy mecz. Niby nie dostawał wielu podań z drugiej linii, no ale Thierry zrobiłby jednak coś z niczego.
2 – w drugie z rzędu mistrzostwo mierzy Roberto Mancini. „Noisy Neighbours” pokazali w zeszłej kampanii, jak bardzo są mocni, rzutem na taśmę odbierając sąsiadom upragnione berło królów Premier League. Jak głosi jednak stara maksyma, na szczyt nie jest trudno wejść. Trudniej jest tam się utrzymać. Trudna droga przed City, ale siedem punktów to nie tak znów dużo, nie takie dystanse punktowe były już w historii BPL odrabiane. Nie jest za to łatwo prowadzić taki gwiazdozbiór, jaki ma Mancini, ale Roberto mimo wszystko jakoś daje radę. I to pomimo takiego krzyża pańskiego, jakim jest nasz ulubieniec, „Super Mario”.
James Milner (fot. skysports.com)
7 – rewitalizacja Jamesa Milnera. Anglik był wszędzie. Rozgrywał, biegał, dośrodkowywał, słowem – spędzał sen z powiek defensorom Arsenalu. I ta bramka! Palce lizać. Dawno nie widziano Jamesa w takiej formie jak obecnie. Cała druga linia City grała także na odpowiednim poziomie, bo przebudził się i David Silva, znów przypominając czarodzieja, jakim był w zeszłym sezonie. Ciekawy mecz rozegrał Javi Garcia, a niczym profesor rozgrywał futbolówkę Gareth Barry. Czuć było chemię między graczami Manciniego, widać, iż są oni na fali. No i ten Milner!
Na koniec postanowiłem zostawić jedną, ale za to najważniejszą liczbę całego weekendu, a może i sezonu.
20 – jeśli United zdobędą mistrzostwo, to silnikiem napędowym, ojcem tego sukcesu będzie zapewne on, czyli Robin van Persie. Zakupiony przed sezonem z Arsenalu Holender momentalnie wpasował się w grę zespołu, praktycznie bez żadnego okresu przejściowego. Robin błyskawicznie się zaaklimatyzował, jakby grał w barwach klubu z Old Trafford od dobrych 15 lat. Strzela jak na zawołanie, zdobywa kluczowe bramki, dostarcza punktów, po prostu błyszczy. Także wczoraj otworzył wynik spotkania, strzelając na 1:0.
Przychodząc do United, napastnik wybrał właśnie trykot z numerem 20, w którym oglądamy go w obecnym sezonie. 20 to także suma numerów Nemanji Vidica i Rio Ferdinanda (15 + 5) czyli pary stoperów, która jeśli razem gra, to United przeważnie wygrywa.
A wiecie po które mistrzostwo w historii klubu zmierzają w obecnej kampanii „Czerwone Diabły”?
Przypadek..? No i jak tu nie wierzyć w magię liczb.
Co to ma znaczyć „poleciały z szablami na czołgi”
!? Wyśmiewasz się z odwagi Polskich żołnierzy ?
~
~!!!
Nie to pokazuje jakie miały szanse przeciwko
drużynie która była znacznie silniejsza… I tu
nie ma nic o Polakach….
~
~Stanowczy
Ty co to znaczy ogarnij się to tylko było takie
porównanie cioto. A nie mądrzysz się o jakiś
żołnierzach. Temu Panu co pisał ten artykuł to do
pięt nie dorastasz pajacu!
~
~Oburzony
Nie widzisz, kretynie że tylko się tak drocze. I
zamknij jape napinaczu bo wielu znałem takich co w
internecie uważali sięz bogów.
~
~Pitcha
Giroud naprawdę gra świetnie, teraz gra trochę
inaczej niż w Montpellier, cofa się po piłkę
bardziej, stara się uruchamiać kolegów, ma
mnóstwo asyst, a do tego wygrywa każdy pojedynek
główkowy, taki napastnik to skarb, tylko brakuje mu
odrobinę skuteczności, nie wiem, czemu wszyscy
piszą, że on się nie sprawdza jak na razie. A co
do komentarzy powyżej, to proponuję: dzieci,
uspokójcie się, nie warto pałać nienawiścią :P
Dodaj komentarz
Super Sunday za nami. Po niedzielnych szlagierach wiemy, że… nic nie wiemy, bo City nie powiedziało ostatniego słowa i United w dalszym ciągu czuje na plecach oddech sąsiadów zza miedzy. Liverpool i Arsenal walczyły dzielnie, ale poleciały z szablami na czołgi. Jakie wnioski nasuwają się po niedzielnych szlagierach 22. kolejki Premier League?
Derby Anglii
Legendarny menedżer Liverpoolu, Bill Shankly, mawiał: „If you are first, you are first. If you are second, you are nothing”.
Kiedy w 1990 roku „Król Kenny” Dalglish podniósł w górę puchar za 18. mistrzostwo Anglii, nie przypuszczał, że susza na Anfield będzie trwała blisko 23 lata. Restauracji mistrzowskiej dynastii Liverpoolu nie udało się dokonać ani Houllierowi, ani Benitezowi i jego „Rafalucji”, ani także ponownie Dalglishowi. Zmierzch jednych bogów był katalizatorem powstania nowej potęgi, tym razem arcyrywali „The Reds”, czyli Manchesteru United. Ferguson przegonił wszystkich, w tym legendarnych bossów z Anfield, jak cytowanego wyżej Shankly’ego czy Boba Paisleya. Obecnie „Czerwone Diabły” mają na koncie 19 tytułów mistrzowskich, o jeden więcej niż ich znienawidzeni oponenci. I nie myślcie sobie, że wraz z rozwojem i komercjalizacją Premier League konflikt ten przycichł. Nie będę oryginalny, ale nic nie jest lepszą wizytówką tej rywalizacji niż kolekcja koszulek rywali z boiska, należąca do żywego pomnika klubu z Anfield, czyli Stevena Gerrarda. Kapitan „The Reds” z dumą podkreśla, że nie ma tam ani jednej koszulki Manchesteru United. Po czym dodaje z uśmiechem: „I nigdy nie będzie”.
Robin van Persie (fot. Skysports.com)
Sam mecz stał na bardzo wysokim poziomie. Piłka chodziła od jednej „szesnastki” do drugiej, jak głowa podczas gry w ping ponga na Nintendo. Dwubramkowe prowadzenie objęły „Czerwone Diabły”, ale „The Reds” ambitnie gonili wynik aż do końca, momentami będąc blisko remisu. Jakie liczby zostają w głowie po meczu?
15 – ten numer Brendan Rodgers powinien niczym mantrę powtarzać sobie od wczoraj codziennie przed snem, myśląc o ustalaniu składu na kolejne mecze. Danny Sturridge momentalnie wkomponował się w liverpoolskie barwy. Widać, jak bardzo był naładowany i nieco zawiedziony, iż nie zaczął tego meczu od pierwszych minut. A szkoda, bo jego wpływ na grę (oraz wynik – strzelił kontaktową bramkę) dało się odczuć niemal natychmiast po wejściu Anglika na murawę. Wydaje się, iż młody napastnik znalazł wreszcie odpowiednie dla siebie miejsce do gry i właśnie na Anfield dostanie swoją życiową szansę. Jego historia przypomina nieco tę Theo Walcotta. Obaj z uporem maniaka ustawiani byli na skrzydle, z kwaśną miną realizując założenia taktyczne menedżerów. A to przecież urodzeni napastnicy. Sturridge grywał ogony w Chelsea, sprawiając momentami wrażenie rozkapryszonego. Wydaje się piłkarzem, któremu o wiele lepiej idzie, jeśli ma czarno na białym napisane, że od teraz to on będzie gwiazdą i ma pełne zaufanie trenera. Tego nie miał na Stamford Bridge, a otrzymał to właśnie wraz z podpisaniem kontraktu z Liverpoolem. Stworzy ekscytujący atak wraz Luisem Suarezem.
Brendan Rodgers (fot. skysports.com)
71 – tyle lat właśnie skończył tuż przed nowym rokiem (31.12.) sir Alex Ferguson. Mam nieodparte wrażenie, że oszukał on czas i młodnieje z każdym kolejnym rokiem, zamiast się starzeć. Szkot podpisał chyba jakiś cyrograf, a dziennikarze na Wyspach, od lat traktowani przez niego – nazwijmy to delikatnie mówiąc – nieuprzejmie, boją się zapewne, iż będzie on trenował United następne ćwierćwiecze (co wcale nie jest niemożliwe, patrząc na jego formę). O Fergusonie pisałem ju tutaj, więc skupmy się na jego zespole. „Czerwone Diabły” grają odważnie, do przodu, z pomysłem. Wydaje się, iż kolejny raz sir Aleks znalazł mistrzowską mieszankę łączącą młodość z rutyną. Vidic z Ferdinandem to dwa doświadczone, szczwane lisy, przeciwko Liverpoolowi wykonali oni tytaniczną wręcz pracę w tyłach. Są młodzi De Gea, Jones, Rafael, Welbeck, „Chicharito” i Cleverley, którzy już dziś stanowią o sile zespołu, a będą tutaj przez następne 10-13 lat. O sile zespołu świadczy fakt, że przeciwko „The Reds” ekipa SAF-a musiała radzić sobie bez swojego talizmanu, czyli Wayne’a Rooneya, a i tak wygrała. A van Persie? Robin jest obecnie królem, ale o nim jeszcze będzie w tym tekście.
Mistrz to jednak mistrz
Mimo iż to właśnie „Czerwonym Diabłom” wkłada się już praktycznie dzisiaj na głowę koronę nowych mistrzów BPL, to nie możemy zapominać, kto w dalszym ciągu jest aktualnie i miłościwie panującym monarchą na angielskiej ziemi. Chłopcy Manciniego nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i kwestia mistrzostwa jest nadal sprawą otwartą. Pytanie zasadnicze jednak brzmi: czy obecna forma City to chwilowe wspomnienie zeszłego sezonu, czy stała tendencja zwyżkowa? Gracze z Etihad Stadium wygrali trzeci mecz z rzędu, rozkładając po kolei: rewelację rozgrywek, Norwich, na Carrow Road (4:3), defensywnie i twardo grające Stoke (3:0) oraz wczoraj Arsenal (2:0). Mecz na Emirates od początku należał do gości z Manchesteru i zaryzykuję stwierdzenie, że nawet bez czerwonej kartki dla Kościelnego spotkanie wyglądałoby podobnie. Mecz był szybki, dobry, choć trochę jednostronny. „Kanonierzy”, podobnie jak Liverpool we wcześniejszym meczu, próbowali gonić wynik, jednak nadaremnie. Czas na numerki:
Theo Walcott (fot. Skysports.com)
7,5 – tyle lat minęło od ostatniego sukcesu Arsenalu w jakichkolwiek rozgrywkach (puchar Anglii w 2005 roku). Dzieciaki Wengera zdążyły dorosnąć, uciec (jak np. Fabregas, RvP czy Clichy) i nie zanosi się na to, aby sytuacja miała ulec zmianie. Można nieśmiało stwierdzić, że Wenger zmienił nieco podejście i zamiast toczyć bitwę z Barceloną o kolejnego rewelacyjnego 12-latka, sięgnął wreszcie głęboko do portfela. Sprowadził Giroud, Cazorlę, Artetę, Podolskiego. Uznajmy to za sezon przebudowy. Zobaczymy za rok.
12 – Olivier Giroud. Francuz niepodzielnie królował w Ligue 1 wraz z Montpelier dzieląc i rządząc w byłej ojczyźnie Rosjanina Depardieu. Anglia to jednak nie Francja, o czym boleśnie przekonał się rosły napastnik. Następny sezon to być albo nie być dla Giroud. Wczoraj po wejściu na plac gry zrobił trochę wiatru na boisku, ale to jeszcze nie to. Brak wykończenia, kropki nad i.
Roberto Mancini (fot. skysports.com)
14 – Walcott chce być drugim Henrym i nie chodzi tylko o numer na koszulce. Nie wiadomo tylko, czy da się być drugim Henrym. Theo prawdopodobnie zostanie w Arsenalu, otrzymując sowitą (oczywiście jak na warunki płacowe „Kanonierów”) podwyżkę i upragnioną gwarancję gry w ataku, a nie jak w zeszłych latach na skrzydle. Obstawiam, iż scheda po Henrym to jednak za wysokie progi jak na Walcottowe nogi i nie udźwignie on tej korony. Potwierdził to wczorajszy mecz. Niby nie dostawał wielu podań z drugiej linii, no ale Thierry zrobiłby jednak coś z niczego.
2 – w drugie z rzędu mistrzostwo mierzy Roberto Mancini. „Noisy Neighbours” pokazali w zeszłej kampanii, jak bardzo są mocni, rzutem na taśmę odbierając sąsiadom upragnione berło królów Premier League. Jak głosi jednak stara maksyma, na szczyt nie jest trudno wejść. Trudniej jest tam się utrzymać. Trudna droga przed City, ale siedem punktów to nie tak znów dużo, nie takie dystanse punktowe były już w historii BPL odrabiane. Nie jest za to łatwo prowadzić taki gwiazdozbiór, jaki ma Mancini, ale Roberto mimo wszystko jakoś daje radę. I to pomimo takiego krzyża pańskiego, jakim jest nasz ulubieniec, „Super Mario”.
James Milner (fot. skysports.com)
7 – rewitalizacja Jamesa Milnera. Anglik był wszędzie. Rozgrywał, biegał, dośrodkowywał, słowem – spędzał sen z powiek defensorom Arsenalu. I ta bramka! Palce lizać. Dawno nie widziano Jamesa w takiej formie jak obecnie. Cała druga linia City grała także na odpowiednim poziomie, bo przebudził się i David Silva, znów przypominając czarodzieja, jakim był w zeszłym sezonie. Ciekawy mecz rozegrał Javi Garcia, a niczym profesor rozgrywał futbolówkę Gareth Barry. Czuć było chemię między graczami Manciniego, widać, iż są oni na fali. No i ten Milner!
Na koniec postanowiłem zostawić jedną, ale za to najważniejszą liczbę całego weekendu, a może i sezonu.
20 – jeśli United zdobędą mistrzostwo, to silnikiem napędowym, ojcem tego sukcesu będzie zapewne on, czyli Robin van Persie. Zakupiony przed sezonem z Arsenalu Holender momentalnie wpasował się w grę zespołu, praktycznie bez żadnego okresu przejściowego. Robin błyskawicznie się zaaklimatyzował, jakby grał w barwach klubu z Old Trafford od dobrych 15 lat. Strzela jak na zawołanie, zdobywa kluczowe bramki, dostarcza punktów, po prostu błyszczy. Także wczoraj otworzył wynik spotkania, strzelając na 1:0.
Przychodząc do United, napastnik wybrał właśnie trykot z numerem 20, w którym oglądamy go w obecnym sezonie. 20 to także suma numerów Nemanji Vidica i Rio Ferdinanda (15 + 5) czyli pary stoperów, która jeśli razem gra, to United przeważnie wygrywa.
A wiecie po które mistrzostwo w historii klubu zmierzają w obecnej kampanii „Czerwone Diabły”?
Przypadek..? No i jak tu nie wierzyć w magię liczb.