Deadline Day to dzień, w którym każdemu kibicowi piłki nożnej serce bije trochę szybciej. Co takiego jest w ostatnim dniu okienka transferowego, że tysiące, ba, miliony osób na całym świecie z niecierpliwością czekają do ostatniej sekundy, wierząc, że ich ukochany klub w ostatnim momencie zasilą nowi gracze?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Niby dzień jak co dzień, z tą małą różnicą, że jest to ostatni moment, aby zakontraktować nowych piłkarzy. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że prezesi klubów specjalnie na ostatnią chwilę zostawiają nam najlepsze kąski, niczym mistrz kuchni, podający słodki deser w ostatniej kolejności. Szczególnie dobrze w tym fachu odnajdują się oficjele zespołów z Premier League. Wystarczy przypomnieć szalone transfery z 31 sierpnia 2008 roku. O ile o przejściu Dimitara Berbatowa z Tottenhamu do Manchesteru United spekulowało się przez dłuższy czas, to przeprowadzka Robinho do Manchesteru City musiała być sporym szokiem dla większości fanów futbolu. Wszak Brazylijczyk był już jedną nogą w prowadzonej przez Luisa Felipe Scolariego Chelsea. „The Blues” zaczęli już nawet sprzedawać koszulki z nazwiskiem gwiazdora. W ostatnich godzinach okienka wszystko jednak zmieniło się jak w kalejdoskopie, a piłkarz Realu Madryt ostatecznie został pierwszym wielkim transferem Khaldoona Al Mubaraka.

Przenieśmy się jednak do okienka transferowego, które wszyscy bardzo dobrze pamiętamy. 31 stycznia 2011 roku, niecierpliwe wyczekiwanie na dopięcie kilku transakcji. Prezesi Chelsea i Liverpoolu dwoją się i troją, szykując dla swoich fanów prawdziwą ucztę. Media a to informują o tym, że Torres jest jedną nogą na Stamford Bridge, by po chwili stwierdzić, że rozmowy między klubami utknęły w martwym punkcie. Jednocześnie „The Reds” w trybie przyspieszonym starają się zakontraktować dwóch młodych, utalentowanych snajperów – Luisa Suareza oraz Andy’ego Carrola. O ile negocjacje z Urugwajczykiem przebiegają pomyślnie dla klubu z Anfield Road, to Newcastle za wszelką cenę chce zatrzymać długowłosego reprezentanta Anglii. W końcu jednak klub z Merseyside wystosował ofertę, która uczyniłaby go najdroższym Anglikiem w historii futbolu – 35 mln funtów. Alan Pardew musiał więc pogodzić się z odejściem swojego asa. Pomyślnie zakończyły się również negocjacje z Ajaksem Amsterdam, który na Suarezie zarobił niespełna 23 mln funtów.
Wobec tak udanego polowania Liverpool mógł pozwolić odejść Fernando Torresowi, przy okazji jednak odzyskując znaczną część pieniędzy wydanych na nowych zawodników. 50 mln funtów, które musiał wyłożyć na stół Roman Abramowicz, uczyniło Hiszpana najdroższym zawodnikiem kupionym przez klub z Wysp w historii. Oprócz poważnego wzmocnienia siły ataku (tak przynajmniej wtedy określano przeprowadzkę wychowanka Atletico na Stamford Bridge) londyńczycy nie zapomnieli również o linii defensywy. Wymienili 21 mln funtów i Nemanję Maticia na jednego z najlepszych stoperów ligi portugalskiej – Davida Luiza.












