Po meczu z Niemcami wszyscy zachwycają się Michałem Pazdanem czy Grzegorzem Krychowiakiem. I słusznie! Ale czy ktoś wspomina o naszym golkiperze? Łukasz Fabiański do spółki z obrońcami zamurował przejście do bramki mistrzom świata, zaliczył kilka bardzo dobrych oraz przynajmniej jedną wybitną interwencję. A to wszystko w swoim debiucie na wielkiej imprezie!
Niełatwo jest być Łukaszem Fabiańskim. Polak w kadrze zadebiutował już dziesięć lat temu, jednak z racji faktu, że nasz kraj bramkarzami stoi, „Fabian” nigdy na dobrą sprawę nie dał rady przebić się do pierwszej jedenastki reprezentacji. Ustępował Borucowi, później Szczęsnemu (któremu kibicować musiał również w Arsenalu) i właśnie ci dwaj panowie przez lata zajmowali miejsce między słupkami drużyny narodowej.
Faktyczny popis swoich umiejętności dał w sezonie 2014/2015, kiedy to został wybrany na najlepszego golkipera angielskiej Premier League. Nagroda? Tym razem w końcu ją dostał – wyprzedził gorącogłowego Szczęsnego w hierarchii reprezentacyjnej i na dobre wskoczył między słupki. Nie zawodził – był jednym z najpewniejszych punktów eliminacji, cała druga połowa należała do niego.
W końcu nauczył się tego, czego brakowało mu latami: nabył niezwykle ważną w swoim fachu charyzmę. Zawsze cichy poza boiskiem, przez lata na placu gry zachowywał się podobnie. Zaufanie, którym obdarzył go Adam Nawałka, wyraźnie poskutkowało. Dziś nietrudno usłyszeć Fabiańskiego, nawet jeśli siedzi się przed telewizorem i polega tylko na mikrofonach zainstalowanych poza liniami końcowymi.
Jak wielkie musiało być zdziwienie byłego zawodnika Arsenalu, kiedy jego miejsce w meczu z Irlandią Północną zajął Wojciech Szczęsny?
To jest reprezentacja, tu nie ma miejsca na obrażanie się. Nie wiem, kto zagra w meczu z Ukrainą Łukasz Fabiański
Powyższe słowa wypowiedział tuż po meczu do mikrofonu. A zagrał wyśmienicie. Przez całe 93 minuty był niezwykle czujny, nie popełnił ani jednego błędu. Wygrał wszystkie pojedynki powietrzne, w które wdawał się przy stałych fragmentach, między innymi ten z ostatniej minuty, kiedy wszyscy kibice drżeli ze strachu przy rzucie wolnym Kroosa. Do tego popisał się wybitnym refleksem przy niesygnalizowanym strzale Oezila.
Wszystko to brzmi jeszcze lepiej, jeśli dodamy fakt, że… był to jego debiut na wielkim turnieju. Ponad dziesięć lat oczekiwania, dziesięć lat trudów i wiecznie przypinanej łatki numeru dwa lub nawet trzy, aby w końcu wyjść na boisko w meczu z Niemcami i zagrać po profesorsku, w niczym nie dając argumentów trenerowi do żałowania swojej decyzji, skądinąd wymuszonej kontuzją Szczęsnego!










