W rodzinnym Rio de Janeiro długo był bezimienny. Większość znajomych, kumpli z boiska czy podwórka zwracała się do niego po prostu nazwą wyspy, z której od najmłodszych lat przypływał na treningi. Paqueta to jedna z 84 wysp w zatoce Guanabara, a administracyjnie dzielnica Rio połączona z nim jedynie transportem wodnym.
Całą karierę juniorską nasz bohater spędził w jednym z największych klubów w Brazylii, Flamengo. Jak znaczące to miejsce, niech świadczy fakt, kto był częścią zespołu w przeszłości – mianowicie Djalminha (niesamowity pomocnik, który tworzył potęgę Deportivo La Coruna) oraz niezapomniany maestro brazylijskiej piłki Garrincha. Ciężar gatunkowy ogromny.
Najnowszy brylant środka pola zaczął rywalizację w swoim ukochanym klubie w seniorach. Już nie był tylko tym „chłopakiem z wyspy”, lecz konieczne okazało się poprzedzenie pseudonimu imieniem. Tak narodził się Lucas Paqueta. Początek kariery idealnie wyważony, najpierw debiut w pierwszym zespole „Mengao”, następnie w dorosłej reprezentacji Brazylii, wreszcie przejście do europejskiego klubu.
Plan godny wielu Brazylijczyków. Jest wyjątek, ten klub to niegdyś wielki AC Milan, a cena transferu to 35 milionów euro. Ryzyko? Być może. Jednak aktualnie po dwóch asystach w sześciu występach stał się dla kibiców „Rossonerich” światełkiem w tunelu, nadzieją na powrót na właściwe tory.
Równocześnie kształtowany talent i charakter
Lucas Tolentino Coelho de Lima, właśnie tak brzmi pełne imię i nazwisko pomocnika 18-krotnego mistrza Włoch. Już od samego początku borykał się z problemami, na które nie miał wpływu. Od całego swojego otoczenia często słyszał, że jest za mały. Biorąc pod uwagę fakt, że w celu dotarcia na trening musiał przebyć drogę statkiem, można to zrozumieć ze względu na troskę rodziców.
Choć akurat w tym jednym przypadku nie był osamotniony, ponieważ jego starszy o dwa lata brat Matheus (obecnie zawodnik Monzy) również nie był gotowy ani na samotny dojazd na obiekty Flamengo, ani tym bardziej na opiekę nad młodszym braciszkiem. Matka Cristiane pracowała jako fryzjerka, ojciec Marcelo służył w armii, więc nie byli w stanie wygospodarować w ciągu dnia ani minuty, by zapewnić swoim pociechom odpowiedni transport.
Jednak ku uciesze wszystkich fanów Milanu znalazła się osoba, która nie pozwoliła, by taki talent nie miał okazji udowodnić swoich umiejętności. Tym zbawicielem był dziadek Mirao. Senior rodu z pełną odpowiedzialnością i znamienną systematyką kilka razy w tygodniu o 10 rano wychodził z dwoma brzdącami z domu na Ilha de Paqueta.
Cała trójka wsiadała na prom do dawnej stolicy kraju. O godzinie 14 dziadek meldował się na zajęciach Matheusa, o 17 na ćwiczeniach Lucasa. Po długim i wyczerpującym dniu, pełnym wrażeń i wysiłku fizycznego, około północy łapali ostatni statek powrotny. Mirao około godziny 1 w nocy ostatecznie zamykał drzwi posesji. W taki sposób, według takiego samego grafiku funkcjonowali kilka razy w tygodniu. Imponujące.
Paqueta w rozmowie z „Globo Esporte” tak wspomina ten okres swojego życia: –










