Mało jest dobrych książek o tematyce piłkarskiej, rzetelnie opisujących świat piłki lub luźno z nim związanych. W ostatnim czasie zapanował prawdziwy boom na biografie piłkarzy oraz trenerów, tylko czekać, aż nasze rodzime asy zaczną z pomocą ghostwriterów snuć swoje historie i przemyślenia na łamach wielkich wydawnictw. Nie okłamujmy się jednak – większość z dostępnych na rynku pozycji to gnioty, sztampowo opisujące życie idoli, bez zbytniego zagłębiania się w co bardziej problematyczne kwestie. Jest jednak parę perełek, od których nie da się oderwać wzroku i czyta się je od deski do deski, jednym tchem. Do tego grona należy z pewnością „Futbolowa Gorączka” Nicka Hornby’ego, w której zabiera nas on w fascynującą podróż po Anglii minionych dekad i ówczesnej First Division widzianych okiem kibica Arsenalu.
Tak jak kibice kochają wyrazistych sportowców, tak czytelnicy kochają wyraziste książki. Jest w tym coś, że temperament i osobowość piłkarza przekłada się na jakość jego biografii. Z całym szacunkiem dla fanów poszczególnych graczy – abstrahując od sympatii i antypatii klubowych – spisane historie Messiego bądź Iniesty są po prostu miałkie. To niemalże hagiografie świętych, obliczony jedynie na zysk produkt marketingowy bazujący na chwytliwym nazwisku idola – kolorowy na wierzchu, pusty i mdły w środku. Dodatkowo nic niewnoszący oprócz paru zdjęć oraz prawd objawionych w stylu: „oddałem dwa dobre skoki”.
Nie znaczy to jednak, że nie ma perełek. Prawdziwym objawieniem były biografie Zlatana Ibrahimovicia oraz Andrzeja Iwana – pozycje żywe, wartkie, do bólu szczere i prawdziwe. Były one niezwykłe z punktu widzenia kibica, jak i czytelnika. Świetnie opowiedziane, bezkompromisowe, napisane dobrym językiem (to już ukłony w stronę pomagających piłkarzom dziennikarzy). Jeszcze inne rozwiązanie proponuje nam Nick Hornby. Ten wielokrotnie nagradzany angielski pisarz w swojej „Futbolowej Gorączce” (oryg. „Fever Pitch”) opisuje swoje życie oraz zmieniającą się w tym czasie Anglię przez pryzmat trwającego niemal całe życie swojego romansu z Arsenalem. Związku trudnego, ale szczerego i namiętnego.
Ta retrospektywna wycieczka pisarza jest iście fascynująca. Opisuje siebie, swoje zainteresowania, życiowe doświadczenia, przygody. Wszystko to łączy się jednak z Arsenalem, nawet jeśli sam autor tego nie chce. Hornby w szalenie ciekawy sposób przedstawia samą ligę i to, jak zmieniała się przez lata. Jeśli chodzi o model kibicowania, to autor jest typowym oldschoolowym angielskim kibicem. Ortodoksyjnym, acz nietypowym, zdaje bowiem sobie sprawę z własnej odmienności. Z jednej strony jest intelektualistą, pisarzem, człowiekiem kultury, a z drugiej typowym angielskim kibicem wychowanym na piłce lat 70-tych oraz 80-tych – tęskniącym za trybunami stojącymi, alkoholem na stadionach i gęstym dymem nikotynowym. Ciekawa jest recepta autora na idealny mecz. W skrócie są to: deszcz, śliska murawa, siedem goli, awantury, czerwone kartki, wrzeszczący kibice i jakaś fatalna decyzja sędziowska. I jak tu nie lubić tego faceta?
Hornby to kibic z krwi i kości. Docenia nieunikniony marketingowo-sportowy rozwój Premier League spowodowany m.in. tragediami na Heysel oraz Hillsborough, paradoksalnie tęskni jednak za ligą sprzed czasów reformy lorda Taylora, kiedy to – cytując słowa Bobby’ego Moore’a – „piłka była piłką”. Nick Hornby odczuwa pewnego rodzaju nostalgię, wspominając czasy minione, kiedy stadiony w Anglii nie były miejscem na niedzielne rodzinne pikniki, a raczej enklawą karczemnych zwyczajów i rytuałów stadnych. Autor dostrzega w tym swoisty romantyzm, sentymentalnie marząc o powrocie dawnych czasów. To właśnie poczucie wspólnoty kibicowskiej tak bardzo go fascynuje i traktuje on to jako rodzaj owocu zakazanego – niebezpiecznego, ale cholernie smacznego. Według autora jest coś pociągającego w magii stadionowego plemienia, w którym nawet najbardziej racjonalnie myślący człowiek ulega omamom oraz pulsującemu, hipnotycznemu wręcz dopingowi, dając się porwać tej futbolowej gorączce.










