Cóż to było za spotkanie! Podopieczni Waldemara Fornalika przez niemal cały mecz nie potrafili przedostać się pod bramkę gości. Po stracie gola, kiedy Łotysze cofnęli się głęboko do obrony, gliwiczanie nie mogli zrobić nic, aby wyrównać. Kiedy jednak im się to udało, worek z golami się otworzył, a piłka wpadała i do jednej, i do drugiej bramki.
Najważniejsza informacja jest taka, że polski klub zdołał ograć łotewską Riga FC i do Łotwy pojedzie z pozytywnym rezultatem. Niestety, ale po tym, co dziś pokazali gracze gliwickiego Piasta, na pewno nie będą oni stawiani w roli faworyta. To cud, że po tak newralgicznych błędach Polaków w ogóle udało się ten mecz wygrać.
Niemoc gliwiczan
Przez pierwsze dwadzieścia minut to Piast był stroną nieco dominującą albo raczej sprawiającą takie wrażenie. Gliwiczanie kontrolowali grę, byli w posiadaniu piłki, rozgrywali, ale nic poza tym. Kompletnie nic z tego nie wynikało, choćby nie wiem jak piłkarze Piasta starali się zaatakować łotewską bramkę. Ogromna w tym zasługa tego, że Łotysze po prostu bronili się niemal całym zespołem.
W 20. minucie stało się jednak coś, co nie powinno się zdarzyć, a przynajmniej nie na takim poziomie. Marcin Pietrowski będąc w okolicach połowy boiska, odwrócił się i zagrał piłkę. Do kogo? Cóż, do teraz tak do końca nie wiadomo, kto był adresatem tego podania. Za Pietrowskim nie znajdował się żaden inny zawodnik, a samo podanie było zbyt słabe, aby do piłki mógł dojść Frantisek Plach. Bramkarz Piasta pędził ile sił w nogach, ale ostatecznie do piłki dopadł Roman Debelko, napastnik Rigi. Wpakował futbolówkę do pustej bramki, a chyba każdy kibic w Polsce złapał się za głowę i pomyślał „co tu się właściwie wydarzyło?”.
Potem było już tylko gorzej. Zespół Riga FC cofnął się jeszcze głębiej, szukając swoich kolejnych szans w kontrataku. W rezultacie dostaliśmy widowisko na bardzo słabym poziomie – z jednej strony Piast starający się przedrzeć do pola karnego Rigi, z drugiej niemogąca wyprowadzić zgrabnej kontry ekipa z Łotwy.
Gdy mury upadły
W końcu Piast Gliwice metodą oblężenia, czyli wrzutką jedna po drugiej, zburzył mury łotewskiej fortecy. Zespół uratował nie kto inny jak spec od główek – Jakub Czerwiński. Defensorzy zaspali, a Czerwiński znalazł się w dogodnej pozycji i wyrównał wynik spotkania.
I tutaj nasuwa się pytanie. Czy naprawdę mistrz Polski nie potrafi skonstruować akcji „z klepki”? Nie mówmy o zespołach z drugiego, trzeciego miejsca w tabeli (choć Lechia pokazała dziś, że jednak da się grać ładną piłkę), skupmy się tylko na mistrzu. Czy przeciwko teoretycznie słabszej drużynie, jaką niewątpliwie jest Riga FC, działają tylko takie wrzutki „na chama”?











