Przez wiele lat wydawało mi się, że kibicowanie Arsenalowi to fajna sprawa. „Kanonierzy” to przecież jedna z drużyn, których zawodnicy, wychodząc na boisko, gwarantują obserwatorom wielkie emocje i efektowną grę połączoną z dużą liczbą bramek. Jednak od występów Thierry’ego Henry’ego i Dennisa Bergkampa minęło już trochę czasu i parę rzeczy w futbolu się pozmieniało, nie zawsze na lepsze.
– Cześć, mam na imię Adam i od dziesięciu lat jestem kibicem Arsenalu – w świecie futbolu tak właśnie zaczynałaby się większość terapii dla osób o szczególnie podrażnionej psychice. Kibicowanie „Kanonierom” to bowiem zajęcie wyjątkowo mocno nadszarpujące ludzkie nerwy. Nikt nie ma przecież wątpliwości, że regularne popadanie ze skrajności w skrajność nie pomaga zdrowiu, a na taki rollercoaster bez przerwy są narażeni fani londyńczyków. Bycie kibicem Arsenalu to ciągła sinusoida. Zarówno w krótkim wymiarze czasowym, jak i długofalowo. Jak wiadomo, w życiu najważniejsza jest stabilizacja. Coś, czym nie może się poszczycić nikt, kto nosi w sercu czerwone logo z armatą. Jak długo można bowiem balansować pomiędzy pięciobramkowymi zwycięstwami i wynikami 5:2 czy 7:3 a porażkami pokroju 1:3 i 0:4 w najważniejszych momentach sezonu? Jak długo euforyczne uniesienia można przeplatać wstydliwymi klęskami? To właśnie brak równowagi jest główną przyczyną tak fatalnych serii jak ta, która od ośmiu lat nie pozwoliła kolejnym kapitanom Arsenalu unieść w górę jakiegokolwiek pucharu.

Emirates Stadium i wcześniej Highbury od zawsze kojarzą się z futbolem na najwyższym światowym poziomie. Faktycznie, kibice z północnej części Londynu zawsze mogą tam liczyć na świetne widowiska okraszone dużą dawką emocji i bramek. Cóż jednak z tego, jeśli podopiecznym Arsene Wengera od wielu lat brakuje stabilizacji? Problemem Arsenalu jest przede wszystkim sposób, w jaki traktują go kolejni zawodnicy. Podczas gdy włodarze klubu z Emirates Stadium chcieliby się zaliczać do ścisłego grona najlepszych ekip w Europie, kolejne gwiazdy Arsenalu uznają ten klub jedynie za odskocznię, która pozwoli im na transfer do mocniejszych drużyn, takich jak: FC Barcelona, Manchester United czy Manchester City. Kiedy z klubu co sezon odchodzą zawodnicy pokroju Robina van Persiego, Samira Nasriego czy Cesca Fabregasa, nawet nie ma co myśleć o zbudowaniu potęgi na długie lata.
Z pozoru taktyka wdrażania do składu młodych zawodników powinna owocować ogromnymi sukcesami w przyszłości. Na co zda się jednak to, że w Londynie faktycznie wyrośnie kilku utalentowanych graczy, skoro filary zespołu, jak obecnie: Mikel Arteta, Santi Cazorla czy Theo Walcott, zapewne wkrótce pożegnają się ze stolicą Anglii? Zaburzona zostaje w ten sposób tendencja, którą powinni się kierować Arsene Wenger i inni odpowiedzialni za transfery ludzie z Emirates. Do klubu pokroju Arsenalu powinni przychodzić najlepsi zawodnicy, którzy kuszeni wizją kolejnych trofeów, sami pchaliby się do północnego Londynu. Nikt nie jest bowiem zainteresowany latami posuchy, które wcale nie muszą zaprocentować w przyszłości. W dzisiejszym futbolu, zwłaszcza wśród najlepszych w swoim fachu specjalistów, nie ma miejsca na cierpliwość. I tu właśnie jest to błędne koło, w które od lat są uwikłani „Kanonierzy”. Gwiazdy nie będą się zjeżdżały do Londynu z powodu braku sukcesów, który jest z kolei spowodowany brakiem wielkich nazwisk w składzie. Jestem niemalże przekonany, że gdyby do dziś barw Arsenalu bronili Robin van Persie, Samir Nasri, Cesc Fabregas czy Alex Song, z każdym sezonem gra wyglądałaby coraz lepiej. Codzienność przy Emirates Stadium wygląda jednak zupełnie inaczej i przypomina budowanie zamków z piasku na brzegu wzburzonego morza. Co z tego, że tworzona misternie w pocie czoła przez długi czas konstrukcja z każdym kolejnym dniem wygląda coraz okazalej? I tak raz po raz jest ona dewastowana przez piętrzące się fale gotówki wydawanej przez potentatów na światowym rynku finansów.











