Hiszpania awansowała do ćwierćfinału mistrzostw Europy z pierwszego miejsca w grupie, zdobyła najwięcej goli i straciła najmniej. Ale nie wszystko jest tak, jak być powinno. Kibice mają masę powodów do zmartwień.
Zadziwiające jest to, że Fernando Llorente, jeszcze miesiąc temu pewniak do gry w pierwszym składzie, w fazie grupowej nie dostał nawet paru sekund. Zadziwiające jest to, że del Bosque nie wykorzystuje Baska w sytuacjach, gdy rosły wychowanek Athleticu mógłby być prawdziwym zbawieniem. „El Rey Leon” nigdy nie był ulubieńcem „Sfinksa”, ale to, czego świadkami jesteśmy teraz, wykracza poza granice niebycia ulubieńcem. Wyjścia są dwa. Albo Fernando jest tak bardzo bez formy, że w ataku lepiej od niego grają pomocnicy, albo Vicente oszalał.
Llorente był w sezonie ligowym zdecydowanie najlepszym hiszpańskim napastnikiem. Przez kilka tygodni walczył z kontuzjami, często schodził z murawy z drobnymi urazami, ale gdy grał, był świetny. Silniejszy, sprawniejszy i efektywniejszy niż ktokolwiek inny. Bask przez długie miesiące prezentował bardzo równą formę. Nawet jego słabe mecze były dobre. Zdarzało się, że nie strzelał goli, ale nigdy nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której Fernando by odpuszczał. Nie miał wielu asyst, ale mimo to wypracował kilkanaście (kilkadziesiąt?) akcji dla kolegów. Potrafił skupić na sobie uwagę trzech defensorów, robiąc miejsce wbiegającym skrzydłowym. Potrafił przyjąć piłkę na linii pola karnego i z obrońcą uwieszonym na szyi spokojnie czekać na nadbiegających kolegów. Naprawdę niewielu jest napastników tak kompletnych. Pamiętajcie – piszę to w pełni świadomie – że Llorente w formie jest lepszy od Villi w formie, Torresa w formie oraz trzech Negredo w formie. Gdy „Król Lew” ma dobry dzień, jest nie do zatrzymania. Dosłownie. Nie ma w futbolu obrońcy, który wygrałby z nim pojedynek bark w bark. Jeśli Nando nie będzie chciał się przewrócić, to nawet walące się trybuny nie sprowadzą go na ziemię.
Śliczna laurka, prawda? No pewnie że śliczna. Fernando Llorente to brakujące ogniwo reprezentacji Hiszpanii. Zbieranina maluchów potrafiących kopać piłkę na góra dwa metry i woląca wejść z piłką do bramki, niż zawalczyć z defensorami to coś, co zostało już rozpracowane. Barcelona zapłaciła w tym sezonie wysoką cenę za jednowymiarowość i niezdolność do przeprowadzania zmian taktycznych. Ale Katalończycy nie mieli wyjścia, nie mieli piłkarzy na inne granie. Hiszpania ma wyjście, ma piłkarzy, ma wszystko poza dobrą wolą selekcjonera. Jeśli w pierwszym meczu „La Seleccion” wychodzi bez napastnika, w drugim kończy bez napastnika, a w trzecim stawia na szpicy łącznie czterech zawodników, to coś jest bardzo, bardzo nie tak. Nie zrozumcie mnie źle. Uważam, że Cesc jako dziewiątka jest całkiem niezły, uważam, że Torres to gracz wystarczająco dobry, by wybiegać w pierwszym składzie. I nawet ten nieszczęsny Negredo, w hierarchii hiszpańskich napastników ledwo mieszczący się w dziesiątce, ma po swojej stronie sporo argumentów. Chodzi o to, że żaden z nich nie jest Llorente, nie jest prawie dwumetrowym tytanem zdolnym do wniesienia nowej jakości do zastałego mechanizmu. Absurdalna jest sytuacja, gdy na murawie pojawia się Jesusito Navas, dostaje piłkę, wrzuca i ze zdziwieniem stwierdza, że żaden z jego kolegów nie wystaje ponad przeciwników. Jaki sens ma granie klasycznym skrzydłowym w momencie, gdy ten skrzydłowy nie ma komu zagrać?









