Rozgardiasz i galimatias – te słowa najlepiej oddają obraz rzeczywistości w ŁKS-ie. I absolutnie nie chodzi tu o zamieszanie spowodowane chociażby pokaźną listą dokonanych transferów. Bynajmniej. Jeden z najbardziej zasłużonych klubów w polskiej piłce raz jeszcze balansuje nad przepaścią, chybocząc się jak nigdy dotąd.
Reanimacja trupa
ŁKS balansuje zresztą nie po raz pierwszy. Od dawien dawna wszelkiej maści problemy (finansowe, licencyjne, sportowe, etc.) powodowały powolny rozkład utytułowanego w końcu klubu. Prawdziwy popis nieudolności włodarzy łodzian możemy obserwować w ostatnich tygodniach i wiele wskazuje na to, że ewentualne próby utrzymania klubu przy życiu będą jedynie przedłużaniem agonii, swoistą reanimacją trupa.

Zaczęło się dość klasycznie. Zła organizacja i piętrzące się długi konsekwentnie odciskały piętno na, i tak przecież nie najlepszej, sytuacji finansowej klubu. Czarę goryczy przelała przed kilkunastoma dniami decyzja Rady Nadzorczej o ogłoszeniu upadłości klubu. Wówczas realne stało się zagrożenie likwidacją drużyny i rozpoczęciem zmagań sportowych od najniższej klasy rozgrywkowej. Zagrożenie, które de facto wciąż pozostaje całkiem możliwe. Największa bolączka ŁKS-u, czyli brak stabilności finansowej, to przede wszystkim pokłosie braku inwestorów, chętnych wspomóc klub. Włodarze nie ukrywają, że przyszłość zespołu rysuje się w dość czarnych barwach.
Bunt na pokładzie
Pewnym pomysłem na poprawę sytuacji w klubie było wprowadzenie tzw. planu naprawczego, który zakładał wszelkiego rodzaju oszczędności i cięcia finansowe. Podstawowym założeniem było jednak rozłożenie należności wobec piłkarzy na okres… siedmiu lat. Zgodnie z tym, czego można było się spodziewać, projekt ten nie spotkał się z akceptacją samych zawodników, a to rozpoczęło szereg kuriozalnych decyzji, które od kilkunastu dni podejmowane są w ŁKS-ie. Sportowy cyrk trwa w najlepsze.
V jak vendetta
Odpowiedzią na brak zgody piłkarzy na wprowadzenie planu naprawczego było oddelegowanie dziesięciu z nich do rozgrywek młodej ekstraklasy. I tak oto los zesłańca spotkał m.in.: Marcina Adamskiego, Marcina Mięciela, Sebastiana Szałachowskiego czy Pavle Velimirovicia. Oficjalnie tłumaczono, że ta „elitarna” grupa nie pasuje do koncepcji trenera, ale tajemnicą poliszynela było, że to rodzaj vendetty. Zgodnie z maksymą „na złość babci odmrożę sobie uszy” postanowiono odsunąć od drużyny zawodników stanowiących motor napędowy zespołu w rundzie jesiennej. Fatalna atmosfera wokół klubu zaczęła zataczać coraz szersze kręgi.











