Po wielkim zamieszaniu związanym ze zmianą właściciela Liverpoolu, jednego z najbardziej utytułowanych klubów w Anglii, przyszedł czas na 214. derby Merseyside, które zagościły na Goodison Park. Skończyły się one triumfem Evertonu. Liverpool został upokorzony przez lokalnego rywala, po raz kolejny stracił punkty i w rezultacie znalazł się na dnie tabeli.
Sfrustrowani kibice podopiecznych Hodgsona w meczu z lokalnym rywalem myśleli tylko o jednym wyniku. Na Goodison Park dzieją się jednak rzeczy niezwykłe i tak też było niedzielnego popołudnia. W tym sezonie został tam już zatrzymany Manchester United. Tym razem uległ Liverpool, który z Evertonem w meczu ligowym nie przegrał od września 2006 roku. Zawodnicy Davida Moyesa świetnie opanowali pole gry, co poskutkowało tym, że goście przez całą pierwszą połowę nie stworzyli sobie klarownej sytuacji, po której mogłaby paść bramka.

Pierwszy kwadrans zwiastował właściwie cały przebieg spotkania. Everton z początku badał, na co może sobie pozwolić, a zważając na brak atrakcyjnej ofensywy ze strony gości, sam ruszył do ataku. Już w 11. i 12. minucie dobre okazje mieli kolejno Arteta i Jagielka. Obrońca oddał dobre uderzenie, lecz piłka przeleciała nad poprzeczką. Podobną szansę miał chwilę później Distin, który popisał się dobrym opanowaniem futbolówki, błyskawicznym zwrotem i groźnym strzałem. Jednak i tym razem był on niecelny. Była to jednak dobra gra na tle przeciętnego Liverpoolu.
Jakiekolwiek przebudzenie gości nastąpiło dopiero po ponad 20 minutach zmagań. Strzał na bramkę Howarda oddał Lucas, lecz nie zdołał mu zagrozić. Brazylijczyk starał się rozgrywać piłkę na przedpolu gospodarzy i w odpowiednim momencie podawać ją partnerowi. Tego popołudnia zawodziły jednak skrzydła i ani dośrodkowania Gerrarda, ani Cole’a nie okazały się wystarczająco dobre. Everton potrafił w odpowiedniej chwili skontrować rywala, o czym świadczy szybkie przeniesienie ciężaru gry w 25. minucie i przyzwoity strzał Yakubu, aczkolwiek w ręce Reiny.
W końcu doszło do zasłużonego przełomu, gdyż podopieczni Davida Moyesa objęli prowadzenie. Stało się to w 34. minucie za sprawą dobrze grającego na skrzydle Colemana i Cahilla. Wspomniany obrońca zdołał zwieść defensora „The Reds”, rozciągnąć grę i w odpowiedniej chwili dograć do reprezentanta Australii. Ten oddał mocny strzał i nie dał szans bramkarzowi. Do końca pierwszej połowy wynik gry się nie zmienił, swojego rytmu wciąż nie mogli złapać goście.
Wznowienie gry po przerwie okazało się mocnym wejściem gospodarzy, gdyż już po pięciu minutach gry zdobyli oni kolejną bramkę. Po rzucie rożnym sytuację w polu karnym wyjaśnił Meireles. Uczynił to jednak na tyle niefortunnie, że wybił piłkę niemal wprost pod nogi Artety. Ten bez wahania posłał ją na bramkę Reiny, nadał jej odpowiednią rotację, a broniący Hiszpan nie miał nic do powiedzenia.











