Liverpool, po golu Luisa Suareza, pokonał u siebie Queens Park Rangers. Dla „The Reds” było to pierwsze ligowe zwycięstwo przed własną publicznością od połowy października. Dopiero za trzecim razem liverpoolczykom udało się pokonać na Anfield beniaminka tego sezonu Premier League.
Od samego początku Liverpool zepchnął rywali do defensywy, a obrońcy QPR musieli pokazywać swoją ofiarność, co dobrze im się udawało i groźne strzały Skrtela oraz Maxiego zostały zablokowane. W 9. minucie jednak stoperzy popełnili błąd, zostawiając kompletnie niepilnowanego Suareza na piątym metrze. Dokładnym dośrodkowaniem na głowę Urugwajczyka popisał się Downing, ale napastnik „The Reds” uderzył zbyt lekko, a na dodatek prosto w ręce Cerny’ego. Minęło 120 sekund i „El Pistolero” próbował zaskoczyć golkipera gości strzałem z niemal zerowego kąta i prawie mu się udało, ale minimalnie się pomylił. Gdy pierwszy kwadrans zbliżał się do końca, Suarez dobrze rozegrał piłkę z Maxim i ostatecznie uderzył ponownie, ale nieczysto trafił w piłkę i ta przeleciała obok słupka.

W końcu kibice doczekali się kontry przyjezdnych, ale szarża Borthroyda została w nieprzepisowy sposób zatrzymana przez Aggera. Efekt? Żółta kartka dla Duńczyka i późniejszy strzał z rzutu wolnego w mur w wykonaniu samego poszkodowanego. Po tej akcji wróciła szara rzeczywistość w postaci ataków gospodarzy. Były kolejne rzuty rożne, miażdżąca przewaga w posiadaniu piłki, ale strzałów coraz mniej, o celnych już nie wspominając. Dopiero gdy zegar wskazywał, że gra toczy się już od pół godziny, przy rzucie wolnym do przodu poszło więcej zawodników QPR. Zrobiło się więc trochę luźniej pod ich polem karnym, co od razu wykorzystał Kuyt, świetnie uruchamiając Maxiego. Argentyńczyk wyszedł sam na sam z Cernym, ale nie strzelił ani zbyt mocno, ani zbyt dokładnie, czym bardzo pomógł bramkarzowi, który popisał się dobrą, skuteczną interwencją.
Następnie przez pewien czas golkiper londyńczyków nie miał zbyt wiele do roboty, ale zmieniło się to w 42. minucie. Dobre prostopadłe podanie Downinga i Suarez próbował przelobować Cerny’ego, jednak ten znowu był na posterunku, a piłka po dobitce Urugwajczyka poleciała na aut. Po chwili o strzał z dystansu pokusił się Wright-Phillips, lecz zamiast gola ustrzelił któregoś kibica siedzącego za bramką Reiny. Obrona zawodników QPR, chociaż nie najszczelniejsza, przetrwała do końca pierwszej połowy, w której, przede wszystkim dzięki Cerny’emu i nieskuteczności napastników „The Reds”, nie oglądaliśmy bramek.
Druga odsłona zaczęła się dla gospodarzy najlepiej jak mogła. Charlie Adam łatwo poradził sobie z Traore i dośrodkował wprost na głowę (znowu) stojącego kilka metrów przed bramką niepilnowanego Suareza, a Urugwajczyk tym razem zrobił to, co powinien zaraz na początku meczu, to znaczy skierował piłkę do siatki i po 66 sekundach od wznowienia gry Liverpool objął prowadzenie. Jak to mówią, nieszczęścia chodzą parami, i już dwie minuty później w środku pola Charlie Adam sfaulował rozpędzającego się Ferdinanda. Mimo że wejście Szkota nie było brutalne, to poszkodowany najpewniej naciągnął ścięgno podkolanowe i został zmuszony do przedwczesnego zejścia z boiska. W jego miejsce na murawie pojawił się Orr.











