Wyścig pod tytułem Premier League 2011/2012 coraz szybciej dobiega końca. Niektóre kluby już widzą pana machającego flagą z wzorem szachownicy, inne są jeszcze na zakręcie. W ten weekend kilka zespołów zjedzie jednak do pit-stopu i kibice w 34. kolejce będą żyli meczami jedynie na sześciu stadionach. Siódmy, ten największy i najważniejszy na Wyspach, będzie natomiast gościł półfinały FA Cup, które zapewnią nadrobienie mniejszej niż zwykle dawki ligowych emocji.
60% normy
Mimo że zaledwie 12 drużyn powalczy od soboty do środy, to dwóch pozostałych kandydatów do tytułu zobaczymy. Tego, który jest obecnie w gorszej sytuacji, czyli Manchester City, już w sobotę o 13:45. „Obywatele” pojadą na Carrow Road, do Norwich. Obydwa zespoły będą przystępowały do tego starcia w dobrych nastrojach. „The Citizens” odrobili trzy punkty do lokalnego rywala i chyba odzyskali nadzieję na mistrzostwo (choć Roberto Mancini twierdzi inaczej). „Kanarki” natomiast po wspaniałym i niespodziewanym zwycięstwie na White Hart Lane wskoczyły do pierwszej dziesiątki. Oczywiście, faworytem będą przyjezdni, którzy jednak nie wygrali na obcej ziemi od dwóch miesięcy. Norwich dla odmiany u siebie od trzech spotkań jest niepokonane. Paul Lambert ma jednak większe problemy z kontuzjami. Z ich powodu nie zagrają Vaughan, Ayala, Tierney i Rudd. W City nie całkiem zdrowy jest tylko Yaya Toure, który jednak być może wróci już na jutrzejszy mecz. Za kartki pauzuje za to Mario Balotelli.

O 16:00 zobaczymy natomiast trzy drużyny walczące o utrzymanie. A właściwie to tylko dwie, bo to, że spadnie Wolverhampton, jest mniej więcej dziesięć razy pewniejsze niż to, że szeregi T Mobile Ekstraklasy opuści Cracovia. Terry Connor może co najwyżej powalczyć o miano najgorszego trenera w historii Premier League. Jak do tej pory zdobył jeden punkt w ośmiu meczach (oprócz niego tyle lub mniej osiągnęło jeszcze tylko trzech ludzi) i na kolejne oczka jutro się nie zanosi. „The Wolves” nie sprawią raczej kłopotów solidnemu przecież Sunderlandowi. Tym bardziej że „Czarne Koty” będą sobie chciały powetować sobie poniedziałkową porażkę z Evertonem 0:4, a trzy punkty mogą wywindować tych graczy na dziewiątą pozycję w tabeli. Co prawda, „Wilki” wygrały ostatnie cztery mecze z jutrzejszymi rywalami, ale piątego po prostu nie zdołają. Zwłaszcza że kontuzjowani są Craddock, Hunt i O’Hara, a zawieszony Bassong. W szeregach Sunderlandu zabraknie sprowadzonego przed sezonem duetu z Old Trafford – Browna i O’Shea.
Nieco większe szanse na jakąkolwiek zdobycz będzie miała za to przedostatnia drużyna w tabeli, Blackburn Rovers. Podpoieczni Steve’a Keana wybierają się na Liberty Stadium. Dla obu zespołów będzie to okazja do przełamania, ponieważ i Swansea, i Blackburn przystąpią do spotkania po czterech porażkach z rzędu. Punktów jak powietrza potrzebują przede wszystkim goście. „Łabędzie” niby są bezpieczne, ale ewentualna porażka na pewno zmąciłaby spokój w tym walijskim mieście, a poza tym świta Brendana Rodgersa będzie chciała udowodnić, że masa komplementów, która jeszcze niedawno była kierowana w jej stronę, nie była wzięta z kosmosu. Oba zespoły potrafią atakować, co niejednokrotnie już udowadniały, a w dodatku wystąpią w praktycznie najsilniejszych składach. Augustein w obozie Swansea i Grella wśród gości to nie są zawodnicy dla tych ekip niezastąpieni. Szykuje się ciekawe starcie, a faworyta należy chyba upatrywać w gospodarzach.










