Pozamiatane. Walka dobiegła końca, kurz już powoli opada, tylko niedobitki będą walczyć już raczej same ze sobą, żeby nie pójść w kierunku kuszącego światełka na końcu tunelu i zostać pośród żywych. 27. kolejka dała odpowiedź na pytanie, kto będzie mistrzem Polski. Jedynym, co może w tym przeszkodzić, jest prawdziwy, niewytłumaczalny i bezprecedensowy cud. Ale cudów nie ma.
Ruch – Pogoń
Wygląda na to, że kiedy Polscy piłkarze mają nóż na gardle, zaczynają grać w piłkę. W meczu Ruchu z Pogonią ten drugi zespół, który zazwyczaj starał się futbolówkę kopać, a i to nie najlepiej mu wychodziło, teraz w tę piłkę grał. Zresztą chorzowianie też pokazali, że sztuka piłkarska nie jest im obca, o czym świadczy piękne podanie Starzyńskiego do Janoszki i gol tego ostatniego strzelony sprytną podcinką. Na dzień dobry polscy piłkarze pozytywnie nas zaskoczyli.

– Wrąbaliśmy się w walkę w dole tabeli na całego – mówił po meczu trener Jacek Zieliński. Niech uważa, żeby czasem nie wyrąbano ich z ekstraklasy, bo przy takiej postawie defensywy może się to zakończyć różnie. A przed Ruchem mecze z Wisłą i Legią, więc atmosfera w Chorzowie gęstnieje.
Śląsk – Wisła
O czym myślał w 2. minucie Cezary Wilk? Jego strata piłki w środku pola zadecydowała o przebiegu tego spotkania. Śląsk skorzystał z prezentu, zdobywając gola na 1:0 za sprawą Patejuka, i potem było już z górki. Oczywiście nie wiemy, czy wrocławianie zdobyliby trzy punkty, gdyby nie ten błąd Wilka, zwłaszcza że Sebastian Mila sprawiał wrażenie futbolowego buldożera, który zburzyłby tego dnia każdy mur, jaki stanąłby na jego drodze. Aż strach myśleć, co się stanie, kiedy go w Śląsku zabraknie.
Legia – Lech
Ten mecz zapowiadano jako hit sezonu. Miało on decydować o tytule mistrzowskim, więc media trąbiły o tym wydarzeniu od tygodnia. Jednak sam mecz był… zwyczajny. Emocji było sporo, ale poziom był co najwyżej przeciętny.
Z tego spotkania można wyciągnąć kilka ciekawych wniosków. Po pierwsze – Legia będzie mistrzem. Po drugie – Mariusz Rumak, kreujący się na kogoś w rodzaju Mourinho, jest do Portugalczyka równie podobny co bracia Mroczek do Mela Gibsona. I po trzecie – ci, którzy wskazali Jakuba Koseckiego na piłkarza meczu, wykazaliby się większym taktem, nominując Marylina Mansona na następnego papieża.
Inna bajka, że kibice Legii mogą się w najbliższych dniach domagać kanonizacji Mateusza Możdżenia, warszawiaka jak by nie patrzeć, który sprezentował im trzy niezwykle cenne punkty.











