Są ludzie, którzy kochają futbol bezgranicznie. To fanatycy, którzy oglądają wszystkie mecze, nawet jeśli stoją one gdzieś na pograniczu poziomu żałosnego i żenującego. Tacy ludzie będą oglądać mecze, nawet jeśli drużyna A podpisze kontrakty ze zgrają orangutanów, a drużyna B będzie sponsorowana przez Stowarzyszenie Prostytutek Nigeryjskich. Tacy ludzie wojują z rzeczywistością, choć tak naprawdę nie mają na nią żadnego wpływu. Tylko tacy paranoidalni maniacy mogą z czystym sumieniem powiedzieć: Tak, jestem uzależniony od polskiej ekstraklasy.
Widzew – Piast
Mecz prawie bez historii. Ale przecież prawie robi wielką różnicę. Można by o tym spotkaniu zapomnieć, gdyby nie Michał Jończyk. Chłopak ma wielki talent, w wieku 17 lat kopał piłkę jak mało kto, ale potem zaczęły się kontuzje. Po różnych perypetiach wylądował w Widzewie Łódź, wszedł na boisko i… kontuzja. Podobno w życiu trzeba dążyć do perfekcji i starać się być w czymś najlepszym. Michał ma jednak wysoko zawieszoną poprzeczkę, bo musi doścignąć Dawida Nowaka, by stać się człowiekiem – kontuzją numer 1, ale jest na najlepszej drodze, by tego dokonać. Szkoda chłopaka, bo talent miał przeogromny.
Samo spotkanie stało na niskim poziomie. Obie ekipy planowały akcje ofensywne z rozmachem godnym umysłu jaszczurki po trepanacji czaszki. Takie tradycyjne polskie bezmyślne bicie głową w mur.
Korona – Górnik
Piłka którą został rozegrany mecz (fot. Mikołaj Olszewski / iGol.pl)
Po dawce kopaniny w wykonaniu piłkarzy Widzewa i Piasta polscy piłkarze uraczyli nas młócką w Kielcach. Wymieniona wyżej jaszczurka pewnie wniosłaby więcej do gry niż Bonin czy Zahorski (choć ten ostatni w Kielcach nie zagrał), trener Nawałka wciąż darzy ich niewytłumaczalną sympatią. Nic dziwnego, że Górnik robi kolejne kroki w tył w marszu po przepustkę do europejskich pucharów. Panie Adamie, czas na dobre skreślić oba nazwiska z listy płac.
Szkoda tylko Tomka Lisowskiego, który wyrastał na jednego z najlepszych bocznych obrońców polskiej ligi. W meczu z Górnikiem odniósł kontuzję, która może go na pewien czas wykluczyć z gry. Naprawdę szkoda, bo byłoby kim straszyć Wawrzyniaka.
Podbeskidzie – Bełchatów
Tydzień temu zaśpiewaliśmy bełchatowianom popularną piosenkę Elektrycznych Gitar. Potem można było już spokojnie się napić aż do urwania filmu. No i pewne siebie Podbeskidzie przekonało się, że Polacy na kacu grają najlepiej. „Brunatni” się nie dali i odebrali cenne dwa punkty „Góralom”. Kto wie, czy ten punkty nie zadecydują o ostatecznym układzie w dole tabeli.
Oczywiście istnieje jeszcze opcja, że jedną z tych drużyn uratuje Polonia Warszawa, ale to nie czas i miejsce by o tym opowiadać.
Ani słowa o Wiśle. Chciałoby się dorzucić jeszcze trochę do pieca „Białej Gwieździe”, ale ile można. Są granice, których nie wolno przekraczać. Skupmy się na Jagiellonii. Tam Tomasz Hajto zbiera niezbędne doświadczenie. Właśnie się przekonał, jak można zremisować wygrany mecz. Może wyciągnie z tego faktu większe wnioski niż Franciszek „Tsssooooo” Smuda, który uparcie twierdzi, że zarówno w reprezentacji Polski jak i w Jahn Regensburg nie popełnił poważniejszych błędów. Teraz słychać szepty, że od nowego roku Pan „Tsssooooo” zajmie się „Białą Gwiazdą”. Tutaj zepsuć cokolwiek będzie wielką sztuką, ale wszyscy pewnie doskonale pamiętają przysłowie „Smuda czyni cuda”.
A miało nie być ani słowa o Wiśle, jednak władze klubu robią wszystko, by wciąż być na czele rankingów dotyczących popularności w mediach. Zatrudnienie Dody na dyrektora sportowego i Tomasza Jacykowa na kierownika drużyny natychmiast rozwiąże problem medialności. Wisło, nie czekaj na ich cv, działaj agresywnie!
Legia – Pogoń
Ten mecz, dla odmiany, miał swoją historię. W pierwszej połowie zamiast piłkarzy Legii na boisko mogłyby wyjść ubrane w białe koszulki orangutany. Efekt byłby zbliżony, drapanie się po głowie, ręce opadające w niektórych momentach do samej ziemi i szeroko odsłonięte zęby w sytuacjach, kiedy patrzy kamera. W drugiej połowie warszawianie grali już na poziomie, który pozwalał uwierzyć, że mamy do czynienia z przyszłym mistrzem Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby w drugiej połowie grały orangutany, to Pogoń i tak by tego meczu nie wygrała.
Śląsk – Lechia
A raczej Sebastian Mila vs Lechia Gdańsk. Oczywiście w Śląsku Wrocław jest jeszcze kilka wartościowych elementów jak wąsy Stanislava Levy’ego, fryzura Waldka Soboty, czy długi język braci nazwiskiem Gikiewicz. Jednak tylko Mila prezentuje wartość sportową, bo pozostałe rzeczy zrobią różnicę, jeśli Śląsk będzie pojedynkował się z przeciwnikiem w kabarecie. A jednak mimo tego osamotniony Mila uratował remis wrocławianom (autorem bramki był Ćwielong, ale kto był najlepszy na boisku, każdy widział), a wymieniona wcześniej trójka nie miałaby szans w pojedynku kabaretowym z atakiem Buzała – Rasiak – Duda.
Lech – Zagłębie
Poznaniacy po słabym początku rundy wiosennej i długiej serii meczów bez zwycięstwa na własnym boisku w końcu chwycili miecze w dłoń i zaczęli walczyć jak prawdziwi rycerze. Tę walkę ogląda się z przyjemnością i bezstronni kibice powoli zaczynają kibicować „Kolejorzowi” w wyścigu z Legią Warszawa o mistrzostwo Polski. Tym razem poznański miecz uciął głowę Zagłębiu Lubin, które po cichu wciąż wierzyło, że marzenia o europejskich pucharach mogą się spełnić. Pięknie pasuje w tym momencie przysłowie – marzenia ściętej głowy.
Czy Lech naprawdę może być mistrzem? A dlaczego nie? W końcu Wołąkiewicz czy Ceesay to wiosną jedni z najlepszych obrońców w całej lidze polskiej. Haamalainen i Tonew wyróżniają się w ekstraklasie wśród pomocników, a Teodorczyk i Ślusarski wywiązują się z zadania, jakim jest zdobywanie goli. Dodatkowo w meczu z Zagłębiem bramkę strzelił Piotr Reiss, ikona poznańskiej lokomotywy. Ten symboliczny gol może znaczyć więcej niż się wydaje, to może być prawdziwy sygnał, że poznański miecz jest w stanie wyciąć wszystko i wszystkich, by na koniec sięgnąć po koronę i spokojnie zasiąść na tronie. Czy to możliwe? Przekonamy się 18 maja, bo właśnie wtedy Legia zmierzy się na swoim stadionie z Lechem. Kto komu zetnie głowę?
Ruch – Polonia
A to niespodzianka. Sądząc po ostatnich doniesieniach mediów, można było się spodziewać, że piłkarze wyjdą z czapeczkami do kibiców i będą prosić o parę groszy na chleb. Czytając informacje, co się dzieje w obu klubach, można było dojść do wniosku, że na boisko wyjdą jakieś chudziny, które wyglądają jak uciekinierzy z Oświęcimia. Tymczasem na boisko wyszli mężczyźni chcący uczciwie wykonać swój zawód i przy okazji dać trochę radości kibicom. Żaden z aktorów tego widowiska nie pozorował pracy, nikt nie marudził zamiast biegać, wszyscy chcieli zrobić coś pozytywnego i nie jest żadnym wstydem, że wysiłek piłkarzy Polonii nie przyniósł żadnego efektu. Taki jest sport.
Polska to taki kraj, w którym możesz podpisać umowę o pracę, potem właściwie tę pracę wykonać, a na koniec i tak możesz dostać soczystego kopniaka w cztery litery. Piłkarze to małe piwo, bo oni akurat mają z czego odłożyć, ale zasada jest dokładnie taka sama jak przy pracy budowlańca, handlowca, magazyniera czy innych zawodów. Jeśli ktoś podpisuje z Tobą umowę, zgodnie z którą masz biegać i udawać orangutana, to jeśli to robisz, otrzymujesz ustalone wcześniej wynagrodzenie.
Tu się kończy krucjata i zaczyna polityka. Na tym gruncie walczyć nie będziemy. Odkładamy więc na bok zakrwawiony miecz i zostawiamy na placu boju poobijaną tarczę. Lada chwila to samo zrobią piłkarze, którzy wyjadą na Cypr, do Mołdawii czy Białorusi. Wtedy dopiero będzie prawdziwy kabaret.
Greg Krzyżowiec (32 l.) późnym popołudniem
wyszedł ze swojego namiotu usytuowanego w samym
centrum socjalnego obozu rycerskiego na
przedmieściach Jerozolimy. Sympatyczny templariusz w
ciągu ostatnich 24 godzin wypił 14 butelek
markowego wina, o jakże dźwięcznej nazwie,
„Niebieska Ambrozja”, do tego dorzucił jeszcze
pięć butelek półwytrawnego trunku znanego w
niższych sferach jako Blue Magic, a wszystko to
popił jeszcze dwoma butelkami zwykłego denaturatu,
który dostał od króla do czyszczenia zbroi. Taka
dawka napojów wyskokowych sprawiła, że Gregowi
zaszumiało w głowie. Zaszumiało tak mocno, że
postanowił wszystkich wyzywać. Kiedy podszedł do
Tomka Lisowskiego (28 l.) i nazwał go Pawłem,
doszło do lekkiej szamotaniny. Na szczęście w
porę pojawił się Łukasz Teo (22 l.), który w
porę odciągnął awanturującego się krzyżowca.
Niestety, Greg nie wytrzymał ciśnienia. Fetor
niesamowity. Jakby tego było mało sympatyczny
krzyżowiec rzucił do stojącego obok niego Teo, że
ten zabija jak Rambo. Łukasz wyczuł ironię
płynącą z ust Grega. Teo doskonale wiedział, że
w nowym zakonie nie zabił jeszcze ani jednego wroga.
Rzucił się więc na kompletnie pijanego Graga. Po
raz drugi tego dnia wywiązała się szamotanina, a
skandal niewątpliwie wisi na włosku. Koniec Grega
Krzyżowca jest blisko.
~Z
~Asasyn z Jerozolimy
Teraz Greg na poważnie, zadam Ci pytanie. Ty w
ogóle oglądasz te mecze? Wiesz o czym piszesz, czy
tylko tak klepiesz bezmyślnie w klawiaturę, jak
rzeczony orangutan?
1. Nie zmieniaj imienia Lisowskiemu. Chłopak nic do
niego nie ma, podpisuje się nim nawet – Tomasz
Lisowski brzmi nieźle.
2. Nie wiedziałeś co napisać o Widzewie z Piastem,
to palnąłeś jakiś banał o Jończyku (wracaj do
zdrowia chłopie). Nie napisałeś nic o fatalnym
Mielcarzu, ani kapitalnym Pawłowskim. Dlaczego? Bo
nie oglądałeś meczu. Ale fragment o trepanacji
czaszki jaszczurki już zmieściłeś. Gratki.
Trochę z Ciebie taki James Joyce.
3. Ani słowa o grze w meczu Bełchatowa. Ergo
następne spotkanie, którego nie oglądałeś. Nie
powiedziałeś, że chłopakom z gieksy starczyło
sił na 45 min, a później zdychali. Ale jaszczurka
znowu jest. Brawo.
4. Nie ma to jak napisać, że nie będziesz pisał o
Wiśle i jebnąć o niej cały akapit, a nawet dwa. A
może gdybyś obejrzał mecz, to wiedziałbyś, że
Sarki wciąga nosem 3/4 ligi jeżeli chodzi o
szybkość, drybling i strzał. No, ale żeby to
wiedzieć, trzeba było obejrzeć mecz. A Ty, drogi
krzyżowcu tylko klepiesz w klawiaturę na podstawie
tabeli, wyników i doniesień prasowych.
5.Jak mawia klasyk, im dalej w las, tym bardziej
przej*bane masz. Wydaje mi się, że wspomniane przez
Ciebie orangutany zauważyłyby więcej niż Ty w
meczu Legia – Pogoń.
6. Śląsk – Lechia, nie oglądałem, więc nie mam
jak Cię zniszczyć.
7. Teodorczyk świetnie wywiązuje się ze strzelania
bramek w Lechu? No rzeczywiście niesamowity dorobek
– 0 bramek.
8. Jakbyś oglądał mecz Ruchu z Polonią,
wiedziałbyś, że w pierwszej połowie tempo tego
spotkania było tak wolne, że szybciej biegają
emeryci.
I mam nadzieję, że rzeczywiście tu kończy się
Twoja krucjata, bo kaleczysz niesamowicie. Ja swoją
będę kontynuował dopóki będziesz wypisywał
takie farmazony.
Ale dobrze Ci radzę – zamknij notatnik, nie masz
już nic do powiedzenia.
Dodaj komentarz
Są ludzie, którzy kochają futbol bezgranicznie. To fanatycy, którzy oglądają wszystkie mecze, nawet jeśli stoją one gdzieś na pograniczu poziomu żałosnego i żenującego. Tacy ludzie będą oglądać mecze, nawet jeśli drużyna A podpisze kontrakty ze zgrają orangutanów, a drużyna B będzie sponsorowana przez Stowarzyszenie Prostytutek Nigeryjskich. Tacy ludzie wojują z rzeczywistością, choć tak naprawdę nie mają na nią żadnego wpływu. Tylko tacy paranoidalni maniacy mogą z czystym sumieniem powiedzieć: Tak, jestem uzależniony od polskiej ekstraklasy.
Widzew – Piast
Mecz prawie bez historii. Ale przecież prawie robi wielką różnicę. Można by o tym spotkaniu zapomnieć, gdyby nie Michał Jończyk. Chłopak ma wielki talent, w wieku 17 lat kopał piłkę jak mało kto, ale potem zaczęły się kontuzje. Po różnych perypetiach wylądował w Widzewie Łódź, wszedł na boisko i… kontuzja. Podobno w życiu trzeba dążyć do perfekcji i starać się być w czymś najlepszym. Michał ma jednak wysoko zawieszoną poprzeczkę, bo musi doścignąć Dawida Nowaka, by stać się człowiekiem – kontuzją numer 1, ale jest na najlepszej drodze, by tego dokonać. Szkoda chłopaka, bo talent miał przeogromny.
Samo spotkanie stało na niskim poziomie. Obie ekipy planowały akcje ofensywne z rozmachem godnym umysłu jaszczurki po trepanacji czaszki. Takie tradycyjne polskie bezmyślne bicie głową w mur.
Korona – Górnik
Piłka którą został rozegrany mecz (fot. Mikołaj Olszewski / iGol.pl)
Po dawce kopaniny w wykonaniu piłkarzy Widzewa i Piasta polscy piłkarze uraczyli nas młócką w Kielcach. Wymieniona wyżej jaszczurka pewnie wniosłaby więcej do gry niż Bonin czy Zahorski (choć ten ostatni w Kielcach nie zagrał), trener Nawałka wciąż darzy ich niewytłumaczalną sympatią. Nic dziwnego, że Górnik robi kolejne kroki w tył w marszu po przepustkę do europejskich pucharów. Panie Adamie, czas na dobre skreślić oba nazwiska z listy płac.
Szkoda tylko Tomka Lisowskiego, który wyrastał na jednego z najlepszych bocznych obrońców polskiej ligi. W meczu z Górnikiem odniósł kontuzję, która może go na pewien czas wykluczyć z gry. Naprawdę szkoda, bo byłoby kim straszyć Wawrzyniaka.
Podbeskidzie – Bełchatów
Tydzień temu zaśpiewaliśmy bełchatowianom popularną piosenkę Elektrycznych Gitar. Potem można było już spokojnie się napić aż do urwania filmu. No i pewne siebie Podbeskidzie przekonało się, że Polacy na kacu grają najlepiej. „Brunatni” się nie dali i odebrali cenne dwa punkty „Góralom”. Kto wie, czy ten punkty nie zadecydują o ostatecznym układzie w dole tabeli.
Oczywiście istnieje jeszcze opcja, że jedną z tych drużyn uratuje Polonia Warszawa, ale to nie czas i miejsce by o tym opowiadać.
Jagiellonia – Wisła
Ani słowa o Wiśle. Chciałoby się dorzucić jeszcze trochę do pieca „Białej Gwieździe”, ale ile można. Są granice, których nie wolno przekraczać. Skupmy się na Jagiellonii. Tam Tomasz Hajto zbiera niezbędne doświadczenie. Właśnie się przekonał, jak można zremisować wygrany mecz. Może wyciągnie z tego faktu większe wnioski niż Franciszek „Tsssooooo” Smuda, który uparcie twierdzi, że zarówno w reprezentacji Polski jak i w Jahn Regensburg nie popełnił poważniejszych błędów. Teraz słychać szepty, że od nowego roku Pan „Tsssooooo” zajmie się „Białą Gwiazdą”. Tutaj zepsuć cokolwiek będzie wielką sztuką, ale wszyscy pewnie doskonale pamiętają przysłowie „Smuda czyni cuda”.
A miało nie być ani słowa o Wiśle, jednak władze klubu robią wszystko, by wciąż być na czele rankingów dotyczących popularności w mediach. Zatrudnienie Dody na dyrektora sportowego i Tomasza Jacykowa na kierownika drużyny natychmiast rozwiąże problem medialności. Wisło, nie czekaj na ich cv, działaj agresywnie!
Legia – Pogoń
Ten mecz, dla odmiany, miał swoją historię. W pierwszej połowie zamiast piłkarzy Legii na boisko mogłyby wyjść ubrane w białe koszulki orangutany. Efekt byłby zbliżony, drapanie się po głowie, ręce opadające w niektórych momentach do samej ziemi i szeroko odsłonięte zęby w sytuacjach, kiedy patrzy kamera. W drugiej połowie warszawianie grali już na poziomie, który pozwalał uwierzyć, że mamy do czynienia z przyszłym mistrzem Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby w drugiej połowie grały orangutany, to Pogoń i tak by tego meczu nie wygrała.
Śląsk – Lechia
A raczej Sebastian Mila vs Lechia Gdańsk. Oczywiście w Śląsku Wrocław jest jeszcze kilka wartościowych elementów jak wąsy Stanislava Levy’ego, fryzura Waldka Soboty, czy długi język braci nazwiskiem Gikiewicz. Jednak tylko Mila prezentuje wartość sportową, bo pozostałe rzeczy zrobią różnicę, jeśli Śląsk będzie pojedynkował się z przeciwnikiem w kabarecie. A jednak mimo tego osamotniony Mila uratował remis wrocławianom (autorem bramki był Ćwielong, ale kto był najlepszy na boisku, każdy widział), a wymieniona wcześniej trójka nie miałaby szans w pojedynku kabaretowym z atakiem Buzała – Rasiak – Duda.
Lech – Zagłębie
Poznaniacy po słabym początku rundy wiosennej i długiej serii meczów bez zwycięstwa na własnym boisku w końcu chwycili miecze w dłoń i zaczęli walczyć jak prawdziwi rycerze. Tę walkę ogląda się z przyjemnością i bezstronni kibice powoli zaczynają kibicować „Kolejorzowi” w wyścigu z Legią Warszawa o mistrzostwo Polski. Tym razem poznański miecz uciął głowę Zagłębiu Lubin, które po cichu wciąż wierzyło, że marzenia o europejskich pucharach mogą się spełnić. Pięknie pasuje w tym momencie przysłowie – marzenia ściętej głowy.
Czy Lech naprawdę może być mistrzem? A dlaczego nie? W końcu Wołąkiewicz czy Ceesay to wiosną jedni z najlepszych obrońców w całej lidze polskiej. Haamalainen i Tonew wyróżniają się w ekstraklasie wśród pomocników, a Teodorczyk i Ślusarski wywiązują się z zadania, jakim jest zdobywanie goli. Dodatkowo w meczu z Zagłębiem bramkę strzelił Piotr Reiss, ikona poznańskiej lokomotywy. Ten symboliczny gol może znaczyć więcej niż się wydaje, to może być prawdziwy sygnał, że poznański miecz jest w stanie wyciąć wszystko i wszystkich, by na koniec sięgnąć po koronę i spokojnie zasiąść na tronie. Czy to możliwe? Przekonamy się 18 maja, bo właśnie wtedy Legia zmierzy się na swoim stadionie z Lechem. Kto komu zetnie głowę?
Ruch – Polonia
A to niespodzianka. Sądząc po ostatnich doniesieniach mediów, można było się spodziewać, że piłkarze wyjdą z czapeczkami do kibiców i będą prosić o parę groszy na chleb. Czytając informacje, co się dzieje w obu klubach, można było dojść do wniosku, że na boisko wyjdą jakieś chudziny, które wyglądają jak uciekinierzy z Oświęcimia. Tymczasem na boisko wyszli mężczyźni chcący uczciwie wykonać swój zawód i przy okazji dać trochę radości kibicom. Żaden z aktorów tego widowiska nie pozorował pracy, nikt nie marudził zamiast biegać, wszyscy chcieli zrobić coś pozytywnego i nie jest żadnym wstydem, że wysiłek piłkarzy Polonii nie przyniósł żadnego efektu. Taki jest sport.
Polska to taki kraj, w którym możesz podpisać umowę o pracę, potem właściwie tę pracę wykonać, a na koniec i tak możesz dostać soczystego kopniaka w cztery litery. Piłkarze to małe piwo, bo oni akurat mają z czego odłożyć, ale zasada jest dokładnie taka sama jak przy pracy budowlańca, handlowca, magazyniera czy innych zawodów. Jeśli ktoś podpisuje z Tobą umowę, zgodnie z którą masz biegać i udawać orangutana, to jeśli to robisz, otrzymujesz ustalone wcześniej wynagrodzenie.
Tu się kończy krucjata i zaczyna polityka. Na tym gruncie walczyć nie będziemy. Odkładamy więc na bok zakrwawiony miecz i zostawiamy na placu boju poobijaną tarczę. Lada chwila to samo zrobią piłkarze, którzy wyjadą na Cypr, do Mołdawii czy Białorusi. Wtedy dopiero będzie prawdziwy kabaret.