Liga Narodów to rozgrywki, które od początku swego istnienia wzbudzały kontrowersje. Głównie były one spowodowane regulaminem, który nie był jasny dla sporej części kibiców. Obecnie trwa trzecia edycja, więc najwyższy czas zastanowić się nad sensem tego pomysłu.
Celem UEFA było wyeliminowanie meczów towarzyskich, które nie miały żadnej stawki i często nie były traktowane prestiżowo. Zastąpić miały je spotkania w ramach Ligi Narodów, w których do wygrania jest przepustka na mistrzostwa Europy bądź świata. Czy w rzeczywistości faktycznie nowy format zdał egzamin? Czas powiedzieć: sprawdzam.
Dla UEFA priorytetem jest kasa
Nie jest to odkrywczy wniosek dla kogoś, kto śledzi poczynania tej federacji w ostatnich latach. U podstaw stworzenia Ligi Narodów leży ta sama motywacja, która została ubrana w bardzo ładne słowa. Między innymi te o większej stawce, eliminacji meczów towarzyskich i tym samym braku spotkań o nic. Pod tymi wzniosłymi hasłami kryje się jednak chęć jeszcze większego zysku UEFA.
Najlepszym tego dowodem jest sytuacja z reprezentacją Niemiec. Liga Narodów w swojej początkowej fazie składała się z grup, w których skład wchodziły trzy zespoły. Najgorszy z nich miał zaliczyć spadek do gorszej dywizji, a najlepszy awans. Wyjątkiem od tej reguły była oczywiście najwyższa oraz najniższa dywizja.
Nasi zachodni sąsiedzi nie mieli szczęścia w losowaniu i znaleźli się w grupie z Holandią oraz Francją. Niemców stać było na zdobycie zaledwie dwóch punktów. Ten dorobek sprawił, że zajęli ostatnie miejsce i powinni spaść do dywizji B. Taki rozwój wypadków nie był jednak w smak europejskiej federacji. Mecze z udziałem zespołu prowadzonego obecnie przez Hansiego Flicka generują spore zainteresowanie kibiców i mediów. Doszło więc do reformy, która polegała na poszerzeniu grup. W ten sposób Niemcy uniknęli spadku.










