Liga będzie ciekawsza – osiem wniosków po 33. kolejce T-ME
Patryk Motyka, Michał Kołodko· 7 min czytania
Fot. Drużyna Lecha;
Za nami trzecia kolejka dodatkowej fazy T-ME. Po jej zakończeniu z różnych przyczyn doszło do licznych dyskusji. Nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Oto osiem spostrzeżeń po 32. kolejce naszej rodzimej ligi.
1) Nie wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
Korona była krok od awansu do grupy mistrzowskiej, jednak ta sztuka się jej nie udała. Miała za to doskonałą pozycję startową w grupie spadkowej. Kielczanie niestety bardzo szybko roztrwonili przewagę punktową, jaką mieli nad swoimi rywalami po zakończeniu rundy zasadniczej, a porażka z Górnikiem była ich trzecią przegraną z rzędu. W meczu z „Dumą Lubelszczyzny” widoczne były problemy w obronie Korony. Na boku defensywy zagrał Fertovs, o którym pisaliśmy w zapowiedzi. Z pewnością odczuwalny jest też brak lidera, który podbudowałby drużynę: kontuzjowany jest kapitan, Paweł Golański, a Ryszard Tarasiewicz został zawieszony i musi oglądać poczynania swoich podopiecznych z wysokości trybun. W ekipie z Łęcznej da się zauważyć, że dużo lepiej utrzymuje się przy piłce, gdy nie czuje presji, a szybko strzelona bramka pozwoliła im grać swobodniej. Nie ustrzegli się jednak kilku błędów.
2) Doświadczenie się przydaje
Do składu Podbeskidzia w meczu z Ruchem zdołał wrócić Pavol Stano. Nie zmienia to jednak faktu, że bielszczanie przystępowali do tego spotkania mocno osłabieni. Po weekendowej wygranej z GKS-em wydawało się, że to PBB jest najbliższe utrzymania się w lidze. Na ich nieszczęście we wtorek lepszy i to o wiele okazał się być klub z Chorzowa. W grze „Górali” natomiast brakuje agresywności, jaka była zauważalna za czasów trenera Ojrzyńskiego: gdy w końcówce Ruch mądrze utrzymywał się przy piłce, bezradni gospodarze po prostu za nią biegali. Warto jednak odnotować, że po zmianie szkoleniowca zespół ze Śląska bardziej stara się budować akcje. Gości z kolei do zwycięstwa wcale nie poprowadził powracający Grzegorz Kuświk, a tacy doświadczeni piłkarze jak Zieńczuk, Surma czy Babiarz. Ten pierwszy do bramki w Kielcach dorzucił we wtorek jeszcze dwie asysty. „Niebiescy” pokazali bardzo ładny i mądry sposób grania, doskonale realizując plan taktyczny. Z taką grą Ruch śmiało poradziłby sobie nawet w grupie mistrzowskiej. Trener Kubicki starał usprawiedliwiać się swoich podopiecznych brakiem czasu na regenerację. Słaba wymówka, bo warunki są takie same dla wszystkich. Sorry, taki mamy klimat…
3) „Pasy” nie do przejścia
Jacek Zieliński odrodził Cracovię (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
269 dni. Dokładnie tyle czasu minęło, odkąd Zawisza trafił do strefy spadkowej. Na wydostanie się z niej będzie musiał poczekać jeszcze co najmniej do piątku, kiedy to zagra z Górnikiem Łęczna. Przed meczem z Cracovią Mariusz Rumak dokonał dużo roszad w składzie, ponieważ według niego mecze co trzy dni są zbyt dużym obciążeniem dla jego piłkarzy. Niestety nie opłaciło się. Po objęciu drużyny przez Jacka Zielińskiego „Pasy” są po prostu nie do przejścia. 54-latek ma w nowym klubie równie udany początek, jak w Ruchu Chorzów: jego podopieczni w pierwszych pięciu meczach zdobyli aż 13 punktów! Pod jego skrzydłami odżyli tacy zawodnicy jak Cetnarski, Deleu, Rakels czy Budziński. To właśnie oni mieli udział przy wtorkowych bramkach. Dodatkowo Budziński z 17 punktami jest drugi w klasyfikacji kanadyjskiej Ekstraklasy, przed nim znajduje się tylko Semir Stilić. Zawisza rozegrał dobrą pierwszą połowę, ale dwie bramki w dwie minuty zupełnie pogrążyły bydgoską ekipę. Kluczowe okazały się być kontrataki. Najdłużej istniejący klub w Polsce wyraźnie poprawił swoją grę w obronie i już niedługo może zostać pierwszym zespołem, który zapewni sobie byt T-ME na przyszły sezon. „Rycerze Pomorza” natomiast dzięki przegranej Korony nie tracą kontaktu z resztą tabeli.
4) Ratuj się, kto może
Po dobrym początku sezonu i wygranej z Legią z kolejki na kolejkę było już tylko gorzej. Dziś śmiało można powiedzieć, że GKS powoli wita się z I ligą. Piast od początku zaatakował i widać było, że bardzo chce wygrać to spotkanie. Najpierw perfekcyjne rzuty wolne Vassilieva, który powoli wyrasta na specjalistę w tej dziedzinie (strzelił także w ten sposób z Ruchem Chorzów), później cztery bramki Wilczka, jedna ładniejsza od drugiej, co tu dużo gadać – majstersztyk. Ostatni raz cztery bramki w meczu Ekstraklasy strzelił Michał Masłowski, a tym, który przyjmował ciosy był… Dariusz Trela! Prawdopodobny król strzelców tego sezonu zdobył swojego drugiego hat-tricka w tych rozgrywkach. Pomimo sześciu strzelonych bramek gliwiczan, martwią trzy stracone. Na pomeczowej konferencji (eks)trener Zub powiedział, że ten mecz w dużym stopniu przybliżył ich do spadku, a klub „się pali”. Najwyraźniej zamiast pomagać ofiarom tego pożaru, postanowił ratować własną skórę, uciekając z płonącego budynku, bo już następnego dnia podał się do dymisji.
5) Lechia nie składa broni
Od początku zyskali optyczną przewagę, starali się, piłka nie chciała jednak wpaść do bramki. Udało się dopiero Sebastianowi Mili w 78. minucie. Lechia Gdańsk zdobyła trzy punkty na trudnym terenie, pokazując, że poważnie traktuje zapowiedzi dotyczące walki o grę w Lidze Europejskiej. Sama akcja bramkowa pokazała, jaki potencjał drzemie w ofensywnych zawodnikach klubu z Gdańska. Kevin Friesenbichler otrzymał piłkę z głębi pola, spokojnie podprowadził ją na pole karne i kapitalnie zagrał do wbiegającego Mili. Jeśli gdańszczanie nabiorą automatyzmu w grze, staną się groźni dla każdego. Bez wątpienia należy stwierdzić, że Lechia najbardziej skorzystała na reformie ekstraklasy – przez większą część sezonu plasowali się w dolnych częściach tabeli, jeśli będą jednak punktować do końca tak jak ostatnio, ujrzymy ich na co najmniej czwartym miejscu po ostatniej ligowej kolejce. Górnik z walki o puchary już się raczej wypisał, choć od początku było oczywiste, że jego aspiracje nie sięgają aż tak wysoko. Trener Warzycha zgodnie z zapowiedzą pozwolił sobie na lekki przegląd kadr – przed meczem zapowiadał, że musi być gotowy na odejście kilku zawodników – stąd od początku zagrali tacy piłkarze jak Mateusz Słodowy czy Konrad Nowak. Po dzisiejszym meczu można stwierdzić jedno – jeszcze sporo pracy przed nimi.
6) Zabójcze 30 minut Lecha
Pół godziny. Tyle spotkania w Poznaniu wystarczyło, by ze spokojem dopisać liderowi T-Mobile Ekstraklasy trzy punkty i zapewnić spokój w mieście na najbliższe kilkadziesiąt godzin. Bramki dla Lecha zdobyli krytykowani ostatnio zawodnicy. W 12. minucie zaczął Dawid Kownacki, który zdaje się odzyskiwać formę, do której przyzwyczaił obserwatorów na początku swojej przygody z ekstraklasą. Dwie kolejne bramki są dziełem Szymona Pawłowskiego, który po bardzo dobrej jesieni notował do dziś fatalną rundę. Dziś trafił po raz pierwszy w tym roku kalendarzowym. Lech ma wszystko w swoich rękach, wydaje się, że mają nieco łatwiejszy terminarz od Legii. O Śląsku trudno napisać coś pozytywnego. Wrocławianie po porażce osunęli się na szóste miejsce i z taką grą raczej szans na wyższe mieć nie będą. Jedynym pozytywem jest fakt, że WKS rozegrał mecze z każdym z klubów z pierwszej trójki w tabeli, teoretycznie powinno być już tylko łatwiej.
7) Burza nad Warszawą
Nie chodzi oczywiście o warunki pogodowe. Mecz na Łazienkowskiej pokazał, że trener Probierz zbudował drużynę, która fenomenalnie broni. Jeśli nie udawało się przerwać akcji w drugiej linii, najczęściej świetnie reagowali obrońcy. Jeśli i to się nie udawało – do gry wchodził fenomenalny Bartłomiej Drągowski. Do 90. minuty wydawało się, że żadna z drużyn nie przechyli szali zwycięstwa na swoją korzyść. Wtedy to nastąpiła seria niesamowitych wydarzeń. Najpierw strzał z bliska Orlando Sa w niesamowity sposób wybronił Drągowski, którego zdążył jeszcze w bardzo nieładny sposób kopnąć Ondrej Duda. Następnie, po akcji z kontry, w polu karnym Legii padł Przemysław Frankowski, lecz mimo protestów sędzia Paweł Gil nie podyktował „jedenastki”. Dosłownie minutę później Legia znalazła się w polu karnym „Jagi” i… sędzia podyktował rzut karny po nabiciu ręki Giorgiego Popchadze. Napisać, że sytuacja była kontrowersyjna, to nic nie napisać. Po tym jak Orlando Sa wykonał „jedenastkę” i arbiter obwieścił koniec, na murawie zawrzało. Piłkarze „Jagi” nie mogli pogodzić się z tym, że sędziowie po raz kolejny krzywdzą ich klub i na przestrzeni całego sezonu trzeba im chyba przyznać rację. Gdyby zliczyć wszystkie niekorzystne decyzje arbitrów i dodać utracone przez nie punkty, białostoczanie mogliby powoli szykować się do gry w eliminacjach Ligi Mistrzów. Teraz zostaje im już raczej walka o zachowanie prawa do gry w eliminacjach LE. Dla Legii te trzy punkty są jak obfity deszcz spadający na zaschniętą ziemię – przywraca jeszcze nadzieję na mistrzowski plon.
Sytuacja Pogoni Szczecin w tabeli T-Mobile Ekstraklasy jest taka, że „Portowcy” mogą służyć za darczyńców lub złodziei punktów w kontekście innych zespołów w grupie mistrzowskiej. Dziś Pogoń wcieliła się w rolę piratów łupiących Wisłę z trzypunktowego skarbu, choć niewiele na to wskazywało w przekroju całego meczu. Trener Michniewicz zaskoczył już na samym początku. O ile stawianie na młodych zawodników w obronie i pomocy nie było niczym nowym, o tyle posadzenie na ławce Radosława Janukiewicza, za którego do bramki wszedł Dawid Kudła, było czymś niespodziewanym. Sam mecz przebiegał bardziej pod dyktando Wisły, która starała się kontrolować przebieg spotkania. Gdy pod koniec meczu kibice zaczęli śpiewać „Que sera sera”, świetna akcja Rafała Murawskiego uciszyła stadion. Radość była przedwczesna, 2:2 jest sukcesem szczecinian, „Biała Gwiazda” natomiast bardzo skomplikowała sobie walkę o prawo do gry w Lidze Europejskiej.
Za nami trzecia kolejka dodatkowej fazy T-ME. Po jej zakończeniu z różnych przyczyn doszło do licznych dyskusji. Nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Oto osiem spostrzeżeń po 32. kolejce naszej rodzimej ligi.
1) Nie wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
Korona była krok od awansu do grupy mistrzowskiej, jednak ta sztuka się jej nie udała. Miała za to doskonałą pozycję startową w grupie spadkowej. Kielczanie niestety bardzo szybko roztrwonili przewagę punktową, jaką mieli nad swoimi rywalami po zakończeniu rundy zasadniczej, a porażka z Górnikiem była ich trzecią przegraną z rzędu. W meczu z „Dumą Lubelszczyzny” widoczne były problemy w obronie Korony. Na boku defensywy zagrał Fertovs, o którym pisaliśmy w zapowiedzi. Z pewnością odczuwalny jest też brak lidera, który podbudowałby drużynę: kontuzjowany jest kapitan, Paweł Golański, a Ryszard Tarasiewicz został zawieszony i musi oglądać poczynania swoich podopiecznych z wysokości trybun. W ekipie z Łęcznej da się zauważyć, że dużo lepiej utrzymuje się przy piłce, gdy nie czuje presji, a szybko strzelona bramka pozwoliła im grać swobodniej. Nie ustrzegli się jednak kilku błędów.
2) Doświadczenie się przydaje
Do składu Podbeskidzia w meczu z Ruchem zdołał wrócić Pavol Stano. Nie zmienia to jednak faktu, że bielszczanie przystępowali do tego spotkania mocno osłabieni. Po weekendowej wygranej z GKS-em wydawało się, że to PBB jest najbliższe utrzymania się w lidze. Na ich nieszczęście we wtorek lepszy i to o wiele okazał się być klub z Chorzowa. W grze „Górali” natomiast brakuje agresywności, jaka była zauważalna za czasów trenera Ojrzyńskiego: gdy w końcówce Ruch mądrze utrzymywał się przy piłce, bezradni gospodarze po prostu za nią biegali. Warto jednak odnotować, że po zmianie szkoleniowca zespół ze Śląska bardziej stara się budować akcje. Gości z kolei do zwycięstwa wcale nie poprowadził powracający Grzegorz Kuświk, a tacy doświadczeni piłkarze jak Zieńczuk, Surma czy Babiarz. Ten pierwszy do bramki w Kielcach dorzucił we wtorek jeszcze dwie asysty. „Niebiescy” pokazali bardzo ładny i mądry sposób grania, doskonale realizując plan taktyczny. Z taką grą Ruch śmiało poradziłby sobie nawet w grupie mistrzowskiej. Trener Kubicki starał usprawiedliwiać się swoich podopiecznych brakiem czasu na regenerację. Słaba wymówka, bo warunki są takie same dla wszystkich. Sorry, taki mamy klimat…
3) „Pasy” nie do przejścia
Jacek Zieliński odrodził Cracovię (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
269 dni. Dokładnie tyle czasu minęło, odkąd Zawisza trafił do strefy spadkowej. Na wydostanie się z niej będzie musiał poczekać jeszcze co najmniej do piątku, kiedy to zagra z Górnikiem Łęczna. Przed meczem z Cracovią Mariusz Rumak dokonał dużo roszad w składzie, ponieważ według niego mecze co trzy dni są zbyt dużym obciążeniem dla jego piłkarzy. Niestety nie opłaciło się. Po objęciu drużyny przez Jacka Zielińskiego „Pasy” są po prostu nie do przejścia. 54-latek ma w nowym klubie równie udany początek, jak w Ruchu Chorzów: jego podopieczni w pierwszych pięciu meczach zdobyli aż 13 punktów! Pod jego skrzydłami odżyli tacy zawodnicy jak Cetnarski, Deleu, Rakels czy Budziński. To właśnie oni mieli udział przy wtorkowych bramkach. Dodatkowo Budziński z 17 punktami jest drugi w klasyfikacji kanadyjskiej Ekstraklasy, przed nim znajduje się tylko Semir Stilić. Zawisza rozegrał dobrą pierwszą połowę, ale dwie bramki w dwie minuty zupełnie pogrążyły bydgoską ekipę. Kluczowe okazały się być kontrataki. Najdłużej istniejący klub w Polsce wyraźnie poprawił swoją grę w obronie i już niedługo może zostać pierwszym zespołem, który zapewni sobie byt T-ME na przyszły sezon. „Rycerze Pomorza” natomiast dzięki przegranej Korony nie tracą kontaktu z resztą tabeli.
4) Ratuj się, kto może
Po dobrym początku sezonu i wygranej z Legią z kolejki na kolejkę było już tylko gorzej. Dziś śmiało można powiedzieć, że GKS powoli wita się z I ligą. Piast od początku zaatakował i widać było, że bardzo chce wygrać to spotkanie. Najpierw perfekcyjne rzuty wolne Vassilieva, który powoli wyrasta na specjalistę w tej dziedzinie (strzelił także w ten sposób z Ruchem Chorzów), później cztery bramki Wilczka, jedna ładniejsza od drugiej, co tu dużo gadać – majstersztyk. Ostatni raz cztery bramki w meczu Ekstraklasy strzelił Michał Masłowski, a tym, który przyjmował ciosy był… Dariusz Trela! Prawdopodobny król strzelców tego sezonu zdobył swojego drugiego hat-tricka w tych rozgrywkach. Pomimo sześciu strzelonych bramek gliwiczan, martwią trzy stracone. Na pomeczowej konferencji (eks)trener Zub powiedział, że ten mecz w dużym stopniu przybliżył ich do spadku, a klub „się pali”. Najwyraźniej zamiast pomagać ofiarom tego pożaru, postanowił ratować własną skórę, uciekając z płonącego budynku, bo już następnego dnia podał się do dymisji.
5) Lechia nie składa broni
Od początku zyskali optyczną przewagę, starali się, piłka nie chciała jednak wpaść do bramki. Udało się dopiero Sebastianowi Mili w 78. minucie. Lechia Gdańsk zdobyła trzy punkty na trudnym terenie, pokazując, że poważnie traktuje zapowiedzi dotyczące walki o grę w Lidze Europejskiej. Sama akcja bramkowa pokazała, jaki potencjał drzemie w ofensywnych zawodnikach klubu z Gdańska. Kevin Friesenbichler otrzymał piłkę z głębi pola, spokojnie podprowadził ją na pole karne i kapitalnie zagrał do wbiegającego Mili. Jeśli gdańszczanie nabiorą automatyzmu w grze, staną się groźni dla każdego. Bez wątpienia należy stwierdzić, że Lechia najbardziej skorzystała na reformie ekstraklasy – przez większą część sezonu plasowali się w dolnych częściach tabeli, jeśli będą jednak punktować do końca tak jak ostatnio, ujrzymy ich na co najmniej czwartym miejscu po ostatniej ligowej kolejce. Górnik z walki o puchary już się raczej wypisał, choć od początku było oczywiste, że jego aspiracje nie sięgają aż tak wysoko. Trener Warzycha zgodnie z zapowiedzą pozwolił sobie na lekki przegląd kadr – przed meczem zapowiadał, że musi być gotowy na odejście kilku zawodników – stąd od początku zagrali tacy piłkarze jak Mateusz Słodowy czy Konrad Nowak. Po dzisiejszym meczu można stwierdzić jedno – jeszcze sporo pracy przed nimi.
6) Zabójcze 30 minut Lecha
Pół godziny. Tyle spotkania w Poznaniu wystarczyło, by ze spokojem dopisać liderowi T-Mobile Ekstraklasy trzy punkty i zapewnić spokój w mieście na najbliższe kilkadziesiąt godzin. Bramki dla Lecha zdobyli krytykowani ostatnio zawodnicy. W 12. minucie zaczął Dawid Kownacki, który zdaje się odzyskiwać formę, do której przyzwyczaił obserwatorów na początku swojej przygody z ekstraklasą. Dwie kolejne bramki są dziełem Szymona Pawłowskiego, który po bardzo dobrej jesieni notował do dziś fatalną rundę. Dziś trafił po raz pierwszy w tym roku kalendarzowym. Lech ma wszystko w swoich rękach, wydaje się, że mają nieco łatwiejszy terminarz od Legii. O Śląsku trudno napisać coś pozytywnego. Wrocławianie po porażce osunęli się na szóste miejsce i z taką grą raczej szans na wyższe mieć nie będą. Jedynym pozytywem jest fakt, że WKS rozegrał mecze z każdym z klubów z pierwszej trójki w tabeli, teoretycznie powinno być już tylko łatwiej.
7) Burza nad Warszawą
Nie chodzi oczywiście o warunki pogodowe. Mecz na Łazienkowskiej pokazał, że trener Probierz zbudował drużynę, która fenomenalnie broni. Jeśli nie udawało się przerwać akcji w drugiej linii, najczęściej świetnie reagowali obrońcy. Jeśli i to się nie udawało – do gry wchodził fenomenalny Bartłomiej Drągowski. Do 90. minuty wydawało się, że żadna z drużyn nie przechyli szali zwycięstwa na swoją korzyść. Wtedy to nastąpiła seria niesamowitych wydarzeń. Najpierw strzał z bliska Orlando Sa w niesamowity sposób wybronił Drągowski, którego zdążył jeszcze w bardzo nieładny sposób kopnąć Ondrej Duda. Następnie, po akcji z kontry, w polu karnym Legii padł Przemysław Frankowski, lecz mimo protestów sędzia Paweł Gil nie podyktował „jedenastki”. Dosłownie minutę później Legia znalazła się w polu karnym „Jagi” i… sędzia podyktował rzut karny po nabiciu ręki Giorgiego Popchadze. Napisać, że sytuacja była kontrowersyjna, to nic nie napisać. Po tym jak Orlando Sa wykonał „jedenastkę” i arbiter obwieścił koniec, na murawie zawrzało. Piłkarze „Jagi” nie mogli pogodzić się z tym, że sędziowie po raz kolejny krzywdzą ich klub i na przestrzeni całego sezonu trzeba im chyba przyznać rację. Gdyby zliczyć wszystkie niekorzystne decyzje arbitrów i dodać utracone przez nie punkty, białostoczanie mogliby powoli szykować się do gry w eliminacjach Ligi Mistrzów. Teraz zostaje im już raczej walka o zachowanie prawa do gry w eliminacjach LE. Dla Legii te trzy punkty są jak obfity deszcz spadający na zaschniętą ziemię – przywraca jeszcze nadzieję na mistrzowski plon.
Sytuacja Pogoni Szczecin w tabeli T-Mobile Ekstraklasy jest taka, że „Portowcy” mogą służyć za darczyńców lub złodziei punktów w kontekście innych zespołów w grupie mistrzowskiej. Dziś Pogoń wcieliła się w rolę piratów łupiących Wisłę z trzypunktowego skarbu, choć niewiele na to wskazywało w przekroju całego meczu. Trener Michniewicz zaskoczył już na samym początku. O ile stawianie na młodych zawodników w obronie i pomocy nie było niczym nowym, o tyle posadzenie na ławce Radosława Janukiewicza, za którego do bramki wszedł Dawid Kudła, było czymś niespodziewanym. Sam mecz przebiegał bardziej pod dyktando Wisły, która starała się kontrolować przebieg spotkania. Gdy pod koniec meczu kibice zaczęli śpiewać „Que sera sera”, świetna akcja Rafała Murawskiego uciszyła stadion. Radość była przedwczesna, 2:2 jest sukcesem szczecinian, „Biała Gwiazda” natomiast bardzo skomplikowała sobie walkę o prawo do gry w Lidze Europejskiej.