Za nami przedostatnia już kolejka bieżącego sezonu T-Mobile Ekstraklasy. Na górze wyjaśniło się już niemal wszystko, na dole trwa zażarta walka o byt. O tym, co wydarzyło się w ostatniej serii spotkań, przeczytacie w tradycyjnym podsumowaniu kolejki naszej ukochanej ligi.
1) Dom się spalił, ale meble są
GKS przed pojedynkiem z Koroną był już praktycznie na straconej pozycji, aby bełchatowianie zachowali szanse na utrzymanie musieli: po pierwsze sami wygrać swój mecz, a po drugie reszta rywali musiałaby grać na ich korzyść. Nadzieję na korzystny wynik mieli kibicom „Gieksy” dostarczyć Arkadiusz Piech i powracający do składu Michał Mak. Rzeczywiście, ten drugi był we wtorek bardzo aktywny i solidnie pracował dla drużyny. W pierwszej połowie to jednak goście byli zespołem lepszym, podopieczni Kamila Kieresia wyglądali na nieco zagubionych. W drugiej połowie jednak nie dosyć, że zdołali wyrównać, to w 90. minucie Paweł Baranowski wprawił cały Bełchatów w euforię, ale chwilę później Olivier Kapo ostudził ich emocje. Gra Francuza zwykle nie ekscytuje przez całe 90 minut (wiadomo, już nie ten wiek), ale czasami Kapo jeszcze potrafi zaskoczyć kibiców. GKS podobnie jak dwa lata temu traci ekstraklasę w przedostatniej kolejce i podobnie jak wtedy traci ją w samej końcówce. Ostatnim beniaminkiem, który spadł już po swoim pierwszym sezonie, był ŁKS w latach 2011/2012. Włodarze klubu przy wyciąganiu posezonowych wniosków powinni zacząć od zwolnienia samych siebie, bo decyzja o zmianie trenera była dużym błędem. Obrazem przebiegu tego spotkania jest wypowiedź Ryszarda Tarasiewicza:
– Dom się spalił, ale uratowaliśmy meble. Ten punkt nam może się przydać w ostatniej kolejce. Co ciekawe, przez krótką chwilę, ostatnie cztery kluby w tabeli posiadały po 24 punkty!
2) Nudy, nudy, nudy…

Jedna z lepiej grających drużyn na wiosnę, Zawisza Bydgoszcz, wciąż walczy o utrzymanie w najwyższej lidze. W dosyć skomplikowanym układzie innych meczów bydgoski klub już we wtorek mógł zapewnić sobie ten byt. Tak jednak się nie stało i podopieczni Mariusza Rumaka nadal tkwią w strefie spadkowej, ale są teraz nieco bliżej reszty stawki. W Bydgoszczy byliśmy świadkami bardzo nudnego meczu, to tzw. piłkarskie szachy. Po zmianie flanki ożywił się nieco Bartek Pawłowski, który oskrzydlał większość akcji gospodarzy. Było widoczne, że z piłką przy nodze czuje się rozluźniony. Po jednej z jego akcji piłką do pustej bramki nie zdołał trafić Mica. W przypadku spadku ta sytuacja będzie jemu i jego kolegom śniła się po nocach. Piast potrzebował jednego punktu do utrzymania, przez co wyszedł nastawiony bardzo defensywnie. Gliwiczanom bez napastnika w składzie nie udało się oddać w tym meczu ani jednego celnego strzału do bramki rywala, ale oni do Brombergu nie przyjechali po to, aby strzelać bramki, tylko po to, żeby ich nie tracić, i swój cel osiągnęli.













