Lider ekstraklasy, Piast Gliwice, wygrał jedną bramką z mistrzem Polski na jego terenie. Podopieczni trenera Latala nadal imponują doskonałą formą na polskich boiskach. Dzisiejsze spotkanie było tylko tego potwierdzeniem. Przyjezdni zagrali bardzo mądrze i zasłużenie zgarnęli komplet punktów.
Goście przyjechali do Poznania jak po swoje. Mało który zespół tak otwarcie przeciwstawia się Lechowi przy Bułgarskiej. Radoslav Latal ustawił swoją drużynę niespotykanie wysoko. Gliwiczanie zakładali wysoki pressing, uniemożliwiając zawodnikom mistrza Polski spokojne rozegranie akcji i zmuszając ich do szukania długimi zagraniami Denisa Thomalli.
Nowy napastnik Lecha Poznań nie jest jednak tak skuteczny w utrzymaniu piłki, jak przed rokiem był Zaur Sadajew. Zespół Macieja Skorży nadal stara się grać wypracowanymi w poprzednim sezonie schematami w czwórce ofensywnej, ale – szczególnie przy braku kontuzjowanego Marcina Robaka – na horyzoncie nie widać żadnego gracza, który mógłby wpasować się w rolę Sadajewa.
Jak wykonywać pracę na środku ataku, swojemu vis-a-vis pokazał Martin Nespor. Snajper Piasta może nie zakończył meczu przeciwko mistrzom z bramką, ale walnie przyczynił się do wygranej zespołu. Nespor rzadko kiedy potrzebował dwóch kontaktów z piłką, by odegrać futbolówkę do partnerów. Tym samym gubił swoich rywali i przyspieszał grę drużyny. To też dzięki jego przechwytowi lekkomyślnego zagrania Abdula Aziza Tetteha padł gol dla Piasta. Czech rozegrał piłkę na skrzydło do Pietrowskiego, ten wstrzelił ją w pole karne, a futbolówkę do bramki wpakował Vacek.
Przed meczem kibice Lecha wiązali duże nadzieje z poprawą gry w defensywie. Do składu mistrza Polski wrócił Paulus Arajuuri, którego przy Bułgarskiej brakowało od siódmego czerwca. Fin jednak z miejsca defensywy „Kolejorza” nie usprawnił. Popełnił kilka zastanawiających błędów. Szwankowała też komunikacja z Maciejem Gostomskim.
Największym problemem okazała się dla Lecha absencja chorego Karola Linettego. Lech nie ma naturalnego zastępcy dwudziestolatka na ławce. Przy dobrze ustawionym Piaście na boisku brakowało zawodnika, który zabrałby się z piłką kilka metrów. Taką próbę podjął tylko raz… Marcin Kamiński.
Przy braku napastnika, który zdominowałby obrońców przeciwnika, Lech Poznań musi opierać się na kreatywności środka pola i skrzydłowych. Łukasz Trałka i Abdul Aziz Tetteh do wirtuozów środka pola niestety nie należą, a piłkarze desygnowani do zajęcia pozycji na flankach zawiedli. Szczególnie Dariusz Formella, który zalicza kolejny słaby mecz w barwach Lecha, krzycząc z boiska wiceprezesowi klubu, by ten postarał się o wzmocnienie skrzydeł.
Piast grał z nietypowym dla drużyn z dolnej połowy tabeli spokojem. Lech de facto popełnił jeden poważny błąd, ale Piast bezlitośnie to wykorzystał. Przyjezdni byli skuteczni w defensywie – warto odnotować świetne interwencje Vacka i Herberta – a gdy Lech naciskał, z opresji wyciągał ich Szmatuła. Druga połowa to już popisowe „zabijanie meczu” w wykonaniu gliwiczan. Lech może i odstawia nogę, grając w ekstraklasie, ale Piast skłonił podopiecznych Skorży do wzmożonego wysiłku, utrzymując piłkę i zmuszając rywali do biegania.











