Jeszcze kilkanaście dni temu przy ulicy Reymonta w Krakowie panowała generalna stypa. W klubie nie działało dosłownie nic. Atmosfera, zarówno medialna, jak i kibicowska, była daleka od poprawnej, forma sportowa zaprowadziła Wisłę na samo dno tabeli, a trener Dariusz Wdowczyk, rozkładając bezradnie ręce, oddał się do dyspozycji zarządu. Włodarze „Białej Gwiazdy” zacisnęli jednak zęby i przeczekali najgorsze. Wszystko wskazuje na to, że postąpili słusznie, a drużyna powoli odzyskuje część dawnego blasku… martwić może, a w zasadzie powinien, tylko jeden dość istotny czynnik.Zła karta na dobre (?) odwróciła się 17 września, gdy w starciu zespołów znajdujących się w strefie spadkowej krakowianie pokonali Piasta 1:0 po golu Patryka Małeckiego w ostatniej minucie meczu. Wcześniej skazywani na pogrom wiślacy w pechowych okolicznościach przegrali z liderem z Białegostoku (wspaniała obrona Mariana Kelemena w doliczonym czasie gry ratująca trzy punkty dla Jagiellonii), co samo w sobie zwiastowało zwyżkę formy – lepszy taki wynik, niż 1:5 u siebie ze Śląskiem Wrocław.
Wisła, dołująca w ekstraklasie, w przypadku pokonania Lecha w ćwierćfinale zapewni sobie w zasadzie autostradę do końcowego triumfu.
Wyraźnie poprawiła się gra w defensywie. Krakowianie przestali sami sobie strzelać bramki (niedosłownie), a formacja obronna zgrała się wreszcie w obecnym składzie (Jović, Guzmics, Sadlok, Mójta). Odkąd „Biała Gwiazda” wygrała z Piastem i przerwała najgorszą w historii klubu passę siedmiu kolejnych porażek, jeden z najbardziej utytułowanych polskich klubów rozpoczął inną serię, tym razem o wiele bardziej pozytywną. Remis z walczącą rozpaczliwie o przełamanie Legią upłynął równocześnie pod znakiem frajerstwa (niewykorzystany rzut karny), jak i podziwu (całkowite zneutralizowanie warszawian w środku pola, unieszkodliwienie ofensywy). W tygodniu doszedł do tego przyjemny przerywnik w postaci wymęczonego zwycięstwa w Pucharze Polski z rewelacyjnie spisującą się w I lidze Chojniczanką. Wisła, dołująca w ekstraklasie, w przypadku pokonania Lecha w ćwierćfinale zapewni sobie w zasadzie autostradę do końcowego triumfu. Takiej niespodzianki w dawnej stolicy Polski potrzebują jak czystego powietrza.
Przygotowanie fizyczne jak u amatorów
Jest jednak jeden czynnik, który powinien nie tylko martwić, ale też zwyczajnie zastanawiać obserwatorów gry „Białej Gwiazdy”. W prawie każdym meczu w obecnym sezonie (wyjątkami chyba tylko starcia z Piastem i Jagiellonią), krakowianie o wiele gorzej prezentowali się w drugich połowach spotkań. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest zapewne nie najlepsze przygotowanie kondycyjne. Dobry przykład – pojedynek z Legią. 45 minut szaleńczego wręcz pressingu, po którym mistrz Polski nie wiedział, jak się nazywa. Po powrocie z szatni wyrównana walka, ale też wyraźne odpuszczanie w niektórych sytuacjach. Wcześniej podobna sytuacja w Kielcach i w Gdańsku, no i w domowych meczach ze Śląskiem i Ruchem.
W Płocku, to najświeższy przykład, było podobnie. Spokojna, dwubramkowa zaliczka do przerwy, potem szaleńczy pościg „Nafciarzy” i momentami bezradny wzrok trenera i samych zawodników ekipy z Krakowa. Tak było do ostatnich minut, gdy Patryk Małecki uciszył trybuny kolejną już swoją bramką w końcówce. „Mały” to ogółem największa niespodzianka obecnego sezonu w szeregach krakowian. Jako jedyny jest w stanie biegać jednostajnym (ale szybkim) tempem przez pełne spotkania, bez niego Wisła nie miałaby pewnie nawet połowy ze zdobytych do tej pory punktów.











