Na czternastu spotkaniach zakończyła się chwalebna seria meczów bez porażki Śląska Wrocław. Sprawcą pierwszej przegranej trenera Lenczyka przy Oporowskiej była kielecka Korona.
W przypadku zwycięstwa drużyna Śląska po raz pierwszy w tym sezonie znalazłaby się na podium rozgrywek. Ta wizja chyba nieco sparaliżowała wrocławian. W ich grze było widać dużo nerwowości, niedokładności. Podobnie rzecz się miała z Koroną. W głowach kielczan siedział jednak inny obraz, nieco już zamglony. Ostatnie zwycięstwo odniesione 30 października. Właśnie po to, aby przełamać tę passę, przyjechali do Wrocławia. Przełamali ją, w komplecie z inną. Śląsk przegrał po raz pierwszy pod wodzą Oresta Lenczyka, czyli po raz pierwszy od czternastu spotkań.

O spotkaniach, w których piłkarze obu drużyn nie kwapią się do ofensywy, zwykło się mawiać, że są to mecze dla koneserów. Pierwsza połowa tego pojedynku nie zaspokoiła jednak oczekiwań nawet najwierniejszych fanatyków. Zawodnicy niezwykle rzadko gościli w polu karnym swoich rywali, mecz rozgrywał się w środkowej strefie boiska. Jedyną godną odnotowania sytuacją była akcja Ćwielonga z 29. minuty. Skrzydłowy Śląska pognał z piłką, przedryblował jednego rywala i technicznie uderzył. Futbolówka przeszła jednak ponad bramką.
Ćwielong nie błyszczał w polu karnym rywali. Zrobił to jednak w rozmowie z reporterem OrangeSportu. Jako przyczynę słabej gry swojej drużyny wskazał… czas rozgrywania meczu oraz warunki atmosferyczne! Faktycznie, w niedzielę o siedemnastej przy bezwietrznej, bezchmurnej i w miarę ciepłej pogodzie, nie da się grać w piłkę…
Ciekawe, co zawodnikom obu drużyn powiedzieli w przerwie trenerzy. Ciekawe, bo obie wyszły na plac gry o wiele bardziej zdeterminowane, co sprawiło znaczny wzrost tempa meczu.
Już w 46. minucie zapachniało golem. Zgrania Lisowskiego nie wykorzystał jednak Edi – jego strzał minimalnie minął słupek bramki. Ripostą na ten atak była akcja Ćwielonga. Były zawodnik krakowskiej Wisły minął Małkowskiego, ale… fatalnie przestrzelił, do czego zresztą już przyzwyczaił kibiców Ekstraklasy. Wrocławianie starali się iść za ciosem. W 70. minucie dośrodkowanie Mili z rzutu wolnego spadło wprost na głowę Celebana. Piłka wpadłaby do bramki, gdyby nie kapitalna interwencja Małkowskiego.
Niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. O mały włos nie przekonali się o tym piłkarze Śląska. Z kontratakiem pognali „Złoto-krwiści”, oko w oko z Kelemenem stanął Niedzielan. Popularny „Wtorek” nie zwykł marnować takich sytuacji, w tej akcji zachował się jednak wyjątkowo jak nie on. Efektowna podcinka nad bramkarzem minimalnie minęła słupek bramki.










