Jeżeli ktoś z Was popadł w poświąteczny marazm, brakuje komuś motywacji do działania, nie chce mu się iść do pracy albo na siłownię i potrzebował dużej dawki pozytywnej energii, dzisiejsze spotkanie Manchesteru United z Chelsea Londyn można by uznać za świetne remedium. Na Old Trafford byliśmy świadkami naprawdę dobrego widowiska, do tego stopnia, że w 35. minucie Andrzej Twarowski lekko odleciał, nazywając to starcie „najlepszym w tym sezonie”. Ostatecznie bramek nie zobaczyliśmy, aczkolwiek trudno ten czas uznać za stracony.
Radosław Sendra, zapowiadając to spotkanie, pisał, że w Manchesterze wynik będzie kwestią drugorzędną. I rzeczywiście, trudno nie było oprzeć się wrażeniu, że te hitowe starcie nie wywoływało takich emocji jak zawsze, a stwierdzenie: „Wygrana niczego nie udowodni, przegrana niczego nie zmieni” znakomicie wpisywało się w nastroje na Wyspach Brytyjskich. Jak się jednak okazało, piłkarze obu zespołów (a zwłaszcza podopieczni Louisa van Gaala) postanowili zadać kłam tymże opiniom.
Obie drużyny od początku rzuciły się na siebie wzajemnie, tak jakby chciały pokazać, że właśnie teraz na murawie Old Trafford ważą się losy mistrzostwa. Mata trafił w poprzeczkę, Martial w słupek. Po drugiej stronie szalał de Gea, który tylko w sobie znany sposób obronił strzał Terry’ego. W ciągu pierwszych 15 minut trudno było złapać oddech i wstać sprzed telewizora. Można więc było się spodziewać, że im dalej w las, tym spotkanie będzie się robiło spokojniejsze. Nic z tych rzeczy.
Pierwsza połowa należała najprawdopodobniej do jednej z najintensywniejszych w ostatnim czasie i trudno w sumie dziwić się przytoczonym wcześniej słowom Andrzeja Twarowskiego. Manchester United miał przewagę, świetnie wyglądał Anthony Martial, który raz po raz dawał się we znaki Ivanoviciowi i Youngowi, płynnie zmieniając pozycje na boisku. Fajerwerki w końcu odpalał Juan Mata, który przypominał mediapuntę z prawdziwego zdarzenia, a za jego plecami aż miło harował Ander Herrera.
Prawdziwym profesorem był jednak Bastian Schweinsteiger, którego w niektórych sytuacjach można posądzić o brak układu nerwowego. Trafność jego decyzji i spokój, z jakim je podejmował, przypominały Andreę Pirlo z jego najlepszych czasów i aż szkoda, że nie okrasił dzisiejszego spotkania jakimś cudownym, penetrującym obronę Chelsea podaniem.
A „The Blues”? Śmiem twierdzić, że jeszcze trzy tygodnie temu mogliby wyjeżdżać z Manchesteru z bagażem dwóch, trzech bramek. A dzisiaj? Trudno określić, jaki wpływ na poprawę Chelsea miało przyjście Hiddinka (pewnie żaden), a jaki powrót do zawodu piłkarza, a nie komedianta Hazarda, Ivanovicia i Terry’ego. Zwłaszcza belgijski rozgrywający był dzisiaj w świetnej formie i co rusz rozbijał obronę Manchesteru swoimi rajdami z piłką i zaskakującymi zagraniami. Fakt, nadal śrubuje swój niechlubny rekord, ale dzisiaj było widać, że wróciła mu radość z grania w piłkę, co prędzej czy później powinno przełożyć się na rzeczywiste liczby.











