Po niezłym spotkaniu i elektryzującej końcówce Leicester City wywozi z „Teatru Marzeń” jedno oczko. Na koronację zawodnicy z King Power Stadium muszą jednak jeszcze poczekać.
Przed tym pojedynkiem zastanawiano się m.in. nad samym poziomem widowiska między zespołami dysponującymi przede wszystkim bardzo dobrymi bilansami bramkowymi. Do tej pory „Czerwone Diabły” mogły się pochwalić najlepszym bilansem goli u siebie. Ekipa Claudio Ranieriego przodowała z kolei w tej kategorii, ale biorąc pod uwagę mecze wyjazdowe.
Obydwaj szkoleniowcy nie zaskoczyli jedenastkami na to spotkanie. Louis van Gaal dokonał jednej zmiany przed tym pojedynkiem w stosunku do ostatniego meczu w FA Cup, na prawą stronę powrócił Antonio Valencia. W drużynie Leicester zabrakło z kolei wciąż pauzującego za karę Jamiego Vardy’ego.
Piłkarze holenderskiego szkoleniowca zdecydowanie lepiej weszli w to spotkanie. Z ogromną determinacją walczyli nie tylko o piłkę, ale i każdy centymetr boiska. Natomiast Leicester wyszło na plac gry dość stremowane. „Lisy” sprawiały wrażenie drużyny, która ze zbyt wielkim respektem podeszła do starcia z rywalem. Brakowało pewności siebie, zaangażowania, luzu. Dominowała bojaźliwość.
Ale z drugiej strony trudno było rywalizować z tak dobrze dysponowanym zespołem Manchesteru. Piłkarze van Gaala rozgrywali prawdopodobnie najlepsze minuty na boisku od długiego czasu. Efektem ofensywnej i agresywnej gry gospodarzy była bramka strzelona już w 8. minucie przez Martiala, który wykorzystał świetną, miękką wrzutkę z prawej strony pola karnego w wykonaniu Antonio Valencii.











