Czwarty grudnia 1996 roku, Madryt. Data arcyważna dla polskiego futbolu, symbolizująca początek upadku naszej ligi, dzień od kiedy żaden zespół znad Wisły nie wystąpił w elitarnych, europejskich rozgrywkach – Lidze Mistrzów. Mecz Widzewa z Atletico. RTS przegrał z faworyzowanym rywalem 1:0 i z czterema punktami zajął trzecie miejsce w grupie, ustępując miejsca późniejszemu triumfatorowi, Borussii Dortmund, i ćwierćfinaliście ze stolicy Hiszpanii. Gdy pierwszego czerwca Legia podniesie mistrzowski puchar i w geście triumfu piłkarze utoną w litrach szampana, upłynie 6388 dzień od ostatniego występu łodzian wśród europejskiej czołówki.
Zegar tyka – podobnie jak w przypadku Arsenalu Londyn. „Kanonierzy” przez lata nie zdobyli żadnego trofeum na brytyjskich boiskach. Śmialiśmy się i my, Polacy, którzy wytykali Arsene Wengerowi, że swoją filozofię może sobie głęboko wetknąć, bo nawet mimo świetnego początku sezonu, jego drużynie brakuje tego czegoś do zwycięstwa w Premier League. Podopieczni francuskiego szkoleniowca pokazali jednak wolę triumfu i w finale FA Cup po wielkich męczarniach wygrali z Hull City i z radością unieśli trofeum. Uśmieszek nagle nam znika, gdy musimy pogodzić się z tym, że w Champions League zamiast Legii Warszawa, Lecha Poznań czy Wisły Kraków występują takie europejskie marki i potentaci jak Otelul Galati, Viktoria Pilzno, FC Nordsjaelland, Hapoel tel Awiw czy słowacka Żylina. No tak, czołówka…
Bogusław Leśnodorski (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Za każdym razem w wakacje wydaje nam się, że powoli zaczyna się coś zmieniać. Nasza liga dostarcza nam więcej emocji, rozgrywki są choć trochę bardziej zacięte, a mecze w wielu przypadkach zaczynają przypominać te z silniejszych lig europejskich. Kiedy jednak nadchodzi sierpień – czas ostatecznego rozliczenia – to naszym drużynom nagle brakuje argumentów. Prokurator, w postaci drużyny przeciwnej, wstaje i zaczyna wytykać nam kolejne błędy, na które nie mamy szansy odpowiedzieć i choć próba wniesienia sprzeciwu jest tak blisko, to weto nie zostaje zgłoszone, bo ostatecznie zapominamy języka w gębie. Co robimy źle? Rokrocznie jak mantrę powtarzamy, że błędem jest rozsprzedawanie piłkarzy przed rozpoczęciem walki o Ligę Mistrzów, zbyt późny start ligi, brak dostatecznego przygotowania fizycznego. Rokrocznie obiecywaliśmy poprawę. Rokrocznie z takim samym skutkiem.
Ś.P. Kazimierz Górski mawiał kiedyś, że „jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście”. Słowa te można również nieco przeinaczyć. Jeśli przez 17 sezonów polskie kluby nie potrafią awansować do Champions League, to znaczy, że jest źle. Musimy liczyć, że jednak coś się zmieni – kto wie, może już za sprawą Legii Warszawa w sezonie 2014/2015?
W tym roku wydaje się, że T-Mobile Ekstraklasa wchodzi powoli na normalne tory. Nie brakuje dziur takich jak dopuszczanie klubów bez płynności finansowej do startu w lidze, ale wydawać się może, że jeśli nie teraz, to kiedy? Po tytuł zmierza Legia Warszawa. I choć „Wojskowi” nie raz zaskakiwali wszystkich i potrafili zmarnować coś, czego nie roztrwoniliby nawet nasi politycy, to po przegraniu mistrzostwa tym razem byłoby tak spektakularne, że zgubienie punktów z Gibraltarem w nadchodzących eliminacjach nie byłoby niczym niesamowitym.
Stołeczna drużyna, wedle zapowiedzi Bogusława Leśnodorskiego, awans do LM ma wywalczyć w najbliższych trzech latach. Polski klub ma wreszcie prezesa, który, wydawać się może, realnie myśli o stworzeniu drużyny, która na lata zdominuje polski futbol. Jeśli wierzyć jego zapewnieniom, skończy się sprzedawanie zawodników za 2-3 mln euro i zacznie się wreszcie poważna piłka. Oby tylko te wielkie zapowiedzi nie zakończyły się klapą już teraz. Współwłaściciel Legii powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, że „nie szuka ofert dla swoich piłkarzy”: – Nie wyobrażam sobie też, żebyśmy namawiali naszego zawodnika na to, aby poszedł do jakiegoś klubu tylko dlatego, że wykłada na stół kilka milionów. Tak się buduje prawdziwą wartość, dbamy o rozwój piłkarzy, nie robimy nic za ich plecami.
Problemem jest jednak to, że o polskiej piłce nie świadczy tylko Legia. To, że stołeczny klub może sobie pozwolić na rezygnację z ośmiu milionów złotych, to nie znaczy, że w przypadku takiej oferty zrezygnowałby chociażby Widzew Łódź. Na Zachodzie cały czas panuje stereotyp, że nasz zawodnik, to tani zawodnik. Za grającego dobrze w danej chwili młodzieżowca można zaoferować pieniądze, które chociażby w Rumunii zostałyby wyśmiane. Co zdaniem pana Leśnodorskiego powinno być wyznacznikiem i standardem przy okazji ruchów między klubami? – Ale jak trafia się super oferta, to w pewnych sytuacjach rozsądek podpowiada, że piłkarza trzeba sprzedać. Jeśli uważamy, że zawodnik w ostatnim półroczu zagrał na maksimum swoich możliwości i szansa na to, że powtórzy świetną rundą jest znikoma, jedynym sensownym rozwiązaniem jest transfer.
Michał Żyro (fot. Grzegorz Rutkowski)
Kiedyś o tym, co jest bolączką polskiej piłki, mówił też Grzegorz Lato. „Ukochany” prezes polskich kibiców powiedział w grudniu 2009 roku, że „trzeba sobie zdać sprawę z tego, jakie są budżety naszych klubów”: – Póki nie zaangażują się wielkie firmy, póki nie powstaną stadiony jak na zachodzie Europy, tak to będzie wyglądało. Ci zawodnicy, którzy się wybiją w naszych klubach, szybko będą odchodzić za granicę – kończy Lato. Z tego, co mówił były piłkarz KSC Lokeren, zmieniło się jedno – stadiony. Mimo budowania pięknych obiektów, wciąż brakuje nam płynności finansowej, piłkarze dostają pieniądze z wielkim opóźnieniem (jeśli je otrzymują), a gdy już mamy większy talent to bardzo szybko go oddajemy – za grosze.
Wróćmy jeszcze raz do Legii Warszawa. Patrząc na ostatnią grę nowego mistrza Polski, trudno stwierdzić, czy jest to już drużyna na miarę Champions League. Na Pepsi Arena grają zawodnicy, którzy w większości stanowią o sile polskiej ligi. Wydaje mi się jednak, że chociażby Miro Radović czy Marek Saganowski nie są już zawodnikami, którzy zawojują europejskie salony. „Wojskowym” brakuje napastnika, ale czy 36-latek jest w stanie dorównać szybkościowo i kondycyjne nawet kontynentalnym średniakom? Podobne wątpliwości mam w przypadku Serba. 30-letniemu zawodnikowi nie można oddać umiejętności, jednak nie jest to raczej osoba, która w Lidze Mistrzów byłaby w stanie zrobić różnicę.
Cieszyć może, że coraz więcej naszych zespołów stawia na młodych lub na „swoich”. Co prawda cały czas brakuje nam profesjonalnych akademii piłkarskich z prawdziwego zdarzenia, jednak jak widać, juniorzy powoli stają się najsilniejszymi ogniwami zespołów. Kosecki, Ojamaa, Żyro czy Duda wnoszą dużo do drużyny z Warszawy. Najlepsze recenzje zbiera ten ostatni. Wykupiony za 500 tys. euro pomocnik jest prawdopodobnie największym wygranym tej rundy. Czasami wydaje się, że jego niekonwencjonalne zachowania wyprzedzają rozum i gdy były zawodnik Koszyc mija rywala z piłką, to dopiero chwilę później zastanawia się, czy będzie miał komu tę futbolówkę dograć lub jak wykończyć akcję. Nie mówię, że to coś złego – naszej lidze brakuje takiej nonszalancji, młodzieńczej kreatywności i czasami wręcz bezczelnych ośmieszeń rywala. Polskiej piłce brakuje indywidualności – sztywne trzymanie się taktyki odbiera przyjemność z jej oglądania, a także sprawia, że cały czas jesteśmy daleko za europejską czołówką, która poszła do przodu. Pozostaje mieć nadzieję, że te czasy powoli się kończą, a casus Dudy sprawi, że trenerzy coraz częściej stawiać będą na dobrze prosperujących zawodników, bo to właśnie oni są kluczem do awansu do Champions League.
Nasza T-Mobile Ekstraklasa zmierza do pełnoletności. Jeśli Legia w tym roku nie awansuje do Ligi Mistrzów to od 18 lat nie będziemy mieli swojego reprezentanta w elitarnych rozgrywkach. Osiemnastka opijana nie będzie szampanem i innymi wyskokowymi napojami, a po raz kolejny pozostanie nam przełknięcie goryczy… Goryczy, której kibice mają już dość!
„Wykupiony za 500 mln euro pomocnik (…)” Ja… brak
mi słów…
~
~hehe
Ten Duda musi być lepszy od Messiego i Ronaldo, 500
milionów euro to niezła kasa
~
~king
Rado ośmieszy jeszcze nie jednego grajka,z resztą
się zgadzam.
~
~Warszawianin
jestem rodowitym warszawianinem. Nie pierwszy raz w
życiu zostałem dziś napadnięty przez kiboli
legii, oczywiście bez powodu. Po prostu szukali
zaczepki i jak zwykle wykazywali się odwagą lecąc
w 10u na jednego. życzyłbym sobie by legia spadła
do najniższej ligi wówczas wszyscy zapomnieliby o
tym klubie dla hołoty.
Życzę legii, by odpadła bo Nam – Warszawianom
życie w mieście z tym klubem ściągającym
najgorszą hołotę z całej Polski utrudnia
funkcjonowanie.
Czwarty grudnia 1996 roku, Madryt. Data arcyważna dla polskiego futbolu, symbolizująca początek upadku naszej ligi, dzień od kiedy żaden zespół znad Wisły nie wystąpił w elitarnych, europejskich rozgrywkach – Lidze Mistrzów. Mecz Widzewa z Atletico. RTS przegrał z faworyzowanym rywalem 1:0 i z czterema punktami zajął trzecie miejsce w grupie, ustępując miejsca późniejszemu triumfatorowi, Borussii Dortmund, i ćwierćfinaliście ze stolicy Hiszpanii. Gdy pierwszego czerwca Legia podniesie mistrzowski puchar i w geście triumfu piłkarze utoną w litrach szampana, upłynie 6388 dzień od ostatniego występu łodzian wśród europejskiej czołówki.
Zegar tyka – podobnie jak w przypadku Arsenalu Londyn. „Kanonierzy” przez lata nie zdobyli żadnego trofeum na brytyjskich boiskach. Śmialiśmy się i my, Polacy, którzy wytykali Arsene Wengerowi, że swoją filozofię może sobie głęboko wetknąć, bo nawet mimo świetnego początku sezonu, jego drużynie brakuje tego czegoś do zwycięstwa w Premier League. Podopieczni francuskiego szkoleniowca pokazali jednak wolę triumfu i w finale FA Cup po wielkich męczarniach wygrali z Hull City i z radością unieśli trofeum. Uśmieszek nagle nam znika, gdy musimy pogodzić się z tym, że w Champions League zamiast Legii Warszawa, Lecha Poznań czy Wisły Kraków występują takie europejskie marki i potentaci jak Otelul Galati, Viktoria Pilzno, FC Nordsjaelland, Hapoel tel Awiw czy słowacka Żylina. No tak, czołówka…
Bogusław Leśnodorski (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Za każdym razem w wakacje wydaje nam się, że powoli zaczyna się coś zmieniać. Nasza liga dostarcza nam więcej emocji, rozgrywki są choć trochę bardziej zacięte, a mecze w wielu przypadkach zaczynają przypominać te z silniejszych lig europejskich. Kiedy jednak nadchodzi sierpień – czas ostatecznego rozliczenia – to naszym drużynom nagle brakuje argumentów. Prokurator, w postaci drużyny przeciwnej, wstaje i zaczyna wytykać nam kolejne błędy, na które nie mamy szansy odpowiedzieć i choć próba wniesienia sprzeciwu jest tak blisko, to weto nie zostaje zgłoszone, bo ostatecznie zapominamy języka w gębie. Co robimy źle? Rokrocznie jak mantrę powtarzamy, że błędem jest rozsprzedawanie piłkarzy przed rozpoczęciem walki o Ligę Mistrzów, zbyt późny start ligi, brak dostatecznego przygotowania fizycznego. Rokrocznie obiecywaliśmy poprawę. Rokrocznie z takim samym skutkiem.
Ś.P. Kazimierz Górski mawiał kiedyś, że „jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście”. Słowa te można również nieco przeinaczyć. Jeśli przez 17 sezonów polskie kluby nie potrafią awansować do Champions League, to znaczy, że jest źle. Musimy liczyć, że jednak coś się zmieni – kto wie, może już za sprawą Legii Warszawa w sezonie 2014/2015?
W tym roku wydaje się, że T-Mobile Ekstraklasa wchodzi powoli na normalne tory. Nie brakuje dziur takich jak dopuszczanie klubów bez płynności finansowej do startu w lidze, ale wydawać się może, że jeśli nie teraz, to kiedy? Po tytuł zmierza Legia Warszawa. I choć „Wojskowi” nie raz zaskakiwali wszystkich i potrafili zmarnować coś, czego nie roztrwoniliby nawet nasi politycy, to po przegraniu mistrzostwa tym razem byłoby tak spektakularne, że zgubienie punktów z Gibraltarem w nadchodzących eliminacjach nie byłoby niczym niesamowitym.
Stołeczna drużyna, wedle zapowiedzi Bogusława Leśnodorskiego, awans do LM ma wywalczyć w najbliższych trzech latach. Polski klub ma wreszcie prezesa, który, wydawać się może, realnie myśli o stworzeniu drużyny, która na lata zdominuje polski futbol. Jeśli wierzyć jego zapewnieniom, skończy się sprzedawanie zawodników za 2-3 mln euro i zacznie się wreszcie poważna piłka. Oby tylko te wielkie zapowiedzi nie zakończyły się klapą już teraz. Współwłaściciel Legii powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, że „nie szuka ofert dla swoich piłkarzy”: – Nie wyobrażam sobie też, żebyśmy namawiali naszego zawodnika na to, aby poszedł do jakiegoś klubu tylko dlatego, że wykłada na stół kilka milionów. Tak się buduje prawdziwą wartość, dbamy o rozwój piłkarzy, nie robimy nic za ich plecami.
Problemem jest jednak to, że o polskiej piłce nie świadczy tylko Legia. To, że stołeczny klub może sobie pozwolić na rezygnację z ośmiu milionów złotych, to nie znaczy, że w przypadku takiej oferty zrezygnowałby chociażby Widzew Łódź. Na Zachodzie cały czas panuje stereotyp, że nasz zawodnik, to tani zawodnik. Za grającego dobrze w danej chwili młodzieżowca można zaoferować pieniądze, które chociażby w Rumunii zostałyby wyśmiane. Co zdaniem pana Leśnodorskiego powinno być wyznacznikiem i standardem przy okazji ruchów między klubami? – Ale jak trafia się super oferta, to w pewnych sytuacjach rozsądek podpowiada, że piłkarza trzeba sprzedać. Jeśli uważamy, że zawodnik w ostatnim półroczu zagrał na maksimum swoich możliwości i szansa na to, że powtórzy świetną rundą jest znikoma, jedynym sensownym rozwiązaniem jest transfer.
Michał Żyro (fot. Grzegorz Rutkowski)
Kiedyś o tym, co jest bolączką polskiej piłki, mówił też Grzegorz Lato. „Ukochany” prezes polskich kibiców powiedział w grudniu 2009 roku, że „trzeba sobie zdać sprawę z tego, jakie są budżety naszych klubów”: – Póki nie zaangażują się wielkie firmy, póki nie powstaną stadiony jak na zachodzie Europy, tak to będzie wyglądało. Ci zawodnicy, którzy się wybiją w naszych klubach, szybko będą odchodzić za granicę – kończy Lato. Z tego, co mówił były piłkarz KSC Lokeren, zmieniło się jedno – stadiony. Mimo budowania pięknych obiektów, wciąż brakuje nam płynności finansowej, piłkarze dostają pieniądze z wielkim opóźnieniem (jeśli je otrzymują), a gdy już mamy większy talent to bardzo szybko go oddajemy – za grosze.
Wróćmy jeszcze raz do Legii Warszawa. Patrząc na ostatnią grę nowego mistrza Polski, trudno stwierdzić, czy jest to już drużyna na miarę Champions League. Na Pepsi Arena grają zawodnicy, którzy w większości stanowią o sile polskiej ligi. Wydaje mi się jednak, że chociażby Miro Radović czy Marek Saganowski nie są już zawodnikami, którzy zawojują europejskie salony. „Wojskowym” brakuje napastnika, ale czy 36-latek jest w stanie dorównać szybkościowo i kondycyjne nawet kontynentalnym średniakom? Podobne wątpliwości mam w przypadku Serba. 30-letniemu zawodnikowi nie można oddać umiejętności, jednak nie jest to raczej osoba, która w Lidze Mistrzów byłaby w stanie zrobić różnicę.
Cieszyć może, że coraz więcej naszych zespołów stawia na młodych lub na „swoich”. Co prawda cały czas brakuje nam profesjonalnych akademii piłkarskich z prawdziwego zdarzenia, jednak jak widać, juniorzy powoli stają się najsilniejszymi ogniwami zespołów. Kosecki, Ojamaa, Żyro czy Duda wnoszą dużo do drużyny z Warszawy. Najlepsze recenzje zbiera ten ostatni. Wykupiony za 500 tys. euro pomocnik jest prawdopodobnie największym wygranym tej rundy. Czasami wydaje się, że jego niekonwencjonalne zachowania wyprzedzają rozum i gdy były zawodnik Koszyc mija rywala z piłką, to dopiero chwilę później zastanawia się, czy będzie miał komu tę futbolówkę dograć lub jak wykończyć akcję. Nie mówię, że to coś złego – naszej lidze brakuje takiej nonszalancji, młodzieńczej kreatywności i czasami wręcz bezczelnych ośmieszeń rywala. Polskiej piłce brakuje indywidualności – sztywne trzymanie się taktyki odbiera przyjemność z jej oglądania, a także sprawia, że cały czas jesteśmy daleko za europejską czołówką, która poszła do przodu. Pozostaje mieć nadzieję, że te czasy powoli się kończą, a casus Dudy sprawi, że trenerzy coraz częściej stawiać będą na dobrze prosperujących zawodników, bo to właśnie oni są kluczem do awansu do Champions League.
Nasza T-Mobile Ekstraklasa zmierza do pełnoletności. Jeśli Legia w tym roku nie awansuje do Ligi Mistrzów to od 18 lat nie będziemy mieli swojego reprezentanta w elitarnych rozgrywkach. Osiemnastka opijana nie będzie szampanem i innymi wyskokowymi napojami, a po raz kolejny pozostanie nam przełknięcie goryczy… Goryczy, której kibice mają już dość!