W spotkaniu przy ulicy Łazienkowskiej doszło do szlagieru ósmej kolejki polskiej Ekstraklasy. Legia Warszawa podejmowała Lecha Poznań i nadspodziewanie łatwo poradziła sobie z rywalem. Podopieczni Jana Urbana wygrali 2:0, a bramki padały dopiero po przerwie.
Hit kolejki miał być wydarzeniem, o którym będzie się pamiętało przez następne dni ze względu na poziom rywalizacji, a także ilość goli. Trudno się jednak dziwić tym oczekiwaniom, ponieważ Legia i Lech to sąsiedzi w ligowej tabeli – zajmują kolejno trzecią i czwartą lokatę, a różnica punktowa wynosiła zaś tylko jedno oczko. Jeszcze przed meczem byliśmy świadkami uroczystości, w której nagrodzony za swój dwusetny występ w Ekstraklasie został zawodnik Legii, Tomasz Kiełbowicz.

Konfrontacja rozpoczęła się niezwykle obiecująco. Już po upływie pierwszych kilkudziesięciu sekund dynamicznie w pole karne wpadł wracający po kontuzji Bartłomiej Grzelak. Zdaniem Roberta Małka powstrzymujący go Seweryn Gancarczyk zagrał w zgodzie z przepisami. Powtórki pokazały jednak, iż była to co najmniej kontrowersyjna decyzja. Chwilę później po rzucie rożnym dla gości z linii bramkowej futbolówkę musiał wybijać defensor stołecznej Legii. Świetnie z początku prezentował się Grzelak, który tym razem po otrzymaniu długiego podania pod 16 metr idealnie wyłożył piłkę Maciejowi Rybusowi. Płaskie uderzenie w długi róg pomocnika warszawiaków zdołał wybronić Grzegorz Kasprzik. W premierowym kwadransie Legia sprawiała wrażenie ułożonego i solidnego zespołu. Lech starał się odpowiadać kontrami, lecz nie zdołał tak groźnie zagrozić bramce Jana Muchy, jak jego rywale.
W 18. minucie, niczym Leo Messi, po zgubieniu rywala i zejściu w kierunku środka boiska, akcję poznaniaków strzałem zakończył Sławomir Peszko. Próba „Lechity” w niewielkiej odległości minęła bramkę golkipera gospodarzy. W kolejnych fragmentach gra co prawda toczyła się w miarę szybkim tempie, ale groźnych sytuacji, sfinalizowanych uderzeniem, było jak na lekarstwo. Do ostatniego gwizdka w premierowej części gry nic godnego odnotowania nie miało już miejsca, a po owocnym początku mieliśmy przeciętne następne pół godziny przy Łazienkowskiej. W drugiej odsłonie obudzili się… kibice. Sympatycy Legii zaczęli żywiołowo dopingować swój zespół, mogąc być znudzonym brakiem strzałów na bramki obu ekip. Boiskowe wydarzenia bowiem do złudzenia przypominały te z pierwszej części po upływie inaugurujących 15 minut – dużo prób konstruowania ciekawych akcji, które swój bieg kończyły zazwyczaj w okolicy pola karnego. W 54. minucie tę passę próbował przełamać mało widoczny tego wieczora Robert Lewandowski. Napastnik Lecha nadspodziewanie łatwo poradził sobie z dwójką rywali i uderzeniem między nogami Muchy chciał wpisać się na listę strzelców. Golkiper gospodarzy uratował jednak swój zespół w tej niebezpiecznej sytuacji.












