Po ostatnich dwóch transferach Legii pojawiło się wiele głosów krytyki. Arkadiuszowi Piechowi i Igorowi Lewczukowi wypomina się wiek, przeciętność, a samej Legii zbrojenie się nie na Ligę Mistrzów, a na derby z Polonią Warszawa. Zaraz, zaraz, ale czy podobnych ruchów sami się nie domagaliśmy?Przez kilka ostatnich sezonów z ust wszystkich zainteresowanych piłką słyszałem, iż mistrz Polski (ewentualnie najsilniejsze kluby) powinien ściągać do siebie wyróżniających się piłkarzy z pozostałych klubów. Do tej pory czegoś takiego nie obserwowaliśmy. W znacznej mierze było to spowodowane dużymi wymaganiami zarządców klubów, którzy liczyli na oferty z Zachodu za swoich najlepszych piłkarzy, które były zdecydowanie lepsze od tych z Legii, Lecha czy Wisły. Teraz, gdy w końcu się takiego schematu doczekaliśmy, okazało się, że ma on wielu krytyków. Czy słusznie?
Sam mam spore wątpliwości co do prawdziwej wartości tych dwóch piłkarzy. Piech to wiadomo: siła, ambicja, charakter, ale jeśli weźmiemy pod uwagę umiejętności czysto piłkarskie, to jest co najwyżej przeciętny. Na polskie warunki całkiem solidny zawodnik. Ale gdy tylko wyściubił nos na Zachód, okazało się, że nie wszystkie wady da się ukryć zaangażowaniem i walką na boisku. Dodatkowo należy pamiętać, że nawet w naszej ekstraklasie jego liczby nie powalają (135 meczów i 45 bramek). Jakby tego było mało, Piech ma przecież już 29 lat i dużo lepszy (jeśli w ogóle) nie będzie, a Legia ma na tę pozycję Saganowskiego, Sa, młodego Efira czy od biedy Dwaliszwilego. Podobnie ma się sprawa z Lewczukiem. Bardzo sympatyczny piłkarz, ale swój najlepszy sezon zaliczył w wieku 29 lat. Nie byłoby w tym nic złego, przecież to najlepszy wiek dla piłkarza. Ale to poprzedni sezon. I właściwie jedyny, w którym prezentował się więcej niż przyzwoicie. Wybiegany, grający ofensywnie, raczej niepopełniający większych błędów. Ale jeśli chodzi o liczby, to jest niewiele lepszy od Bereszyńskiego, a trener Berg ma przecież jeszcze w odwodzie Brozia. Podobno Lewczuk jest szykowany na środek obrony. Tam miałby rywalizować z Juniorem, Rzeźniczakiem i Astizem. O co więc chodzi?
Zanim przejdziemy do ostatecznej oceny tych transferów, spójrzmy, jak działała Wisła piętnaście lat temu. Krakowski zespół z tamtego okresu jest przez wielu stawiany jako wzór działania na polskim rynku piłkarskim. Bogusław Cupiał wydawał duże pieniądze za najlepszych piłkarzy grających w Polsce (jak i za granicą) i nie było dla niego różnicy, w jakim zespole grają. W pierwszych latach jego prezesury klub wzmocnili Maciej Żurawski, Arkadiusz Głowacki (obaj Lech Poznań), Marcin Baszczyński (Ruch Chorzów) i Kamil Kosowski (Górnik Zabrze). Wszyscy byli czołowymi piłkarzami swoich zespołów, ale żaden z nich nie miał więcej niż 24 lata. Jednocześnie do klubu napływali młodzi piłkarze, którzy mieli się w przyszłości rozwinąć i zastąpić sprzedane na Zachód gwiazdy: Łukasz Nawotczyński, Kalu Uche, Maciej Mysiak, Mariusz Magiera czy Martins Ekwueme. Cel? Oczywiście Liga Mistrzów. Jak się skończyło, wszyscy dobrze pamiętamy.
Mamy więc dwie podobne wizje budowania klubu. Jedna jest stawiana za wzór i wspominana niemal jak Wembley, a druga z wielu stron krytykowana. Różnica? Słabsza liga. Ni mniej, ni więcej. Legia chce mieć w swoich szeregach najlepszych piłkarzy z polskich klubów. To nie wina Leśnodorskiego i spółki, że najlepsi piłkarze mają ponad 29 wiosen na karku. Przecież jeśli wymienialibyśmy kolejnych wyróżniających piłkarzy, to zapewne znaleźliby się tam Paweł Brożek (31 lat), Paixao (29), Robak (31), Sobolewski (37), Golański (31), Głowacki (35) czy Janukiewicz (30). Pewnie, mamy kilku młodszych piłkarzy, którzy naprawdę mogliby pomóc Legii w osiągnięciu jej celów. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że warszawskiego klubu obecnie po prostu na nich nie stać. Nie można od razu mieć wszystkiego, poczekajmy jeszcze sezon,dwa. Na razie cieszmy się, że ktoś poszedł choć po trochę rozumu i nie ściąga zagranicznego szrotu (pozdrawiam Arruabarenę!).











