Legia Warszawa pokonała w Bełchatowie tamtejszy GKS 2:0. Bramki dla warszawian strzelali Marek Saganowski i Michał Żyro. Ten wynik spowodował, że Legia wskoczyła na fotel lidera TME.
Początek spotkania nie zwiastował zbyt dużych emocji. Obie ekipy grały spokojnie i w pierwszych minutach nie kwapiły się zbytnio do ofensywy. Śmiało można to nazwać sondowaniem możliwości przeciwnika. W 13. minucie Legia wyciągnęła wnioski i udowodniła, że rozpoznanie warszawian działa znacznie lepiej niż zwiadowców z Bełchatowa. Marek Saganowski był świadomy faktu, że obrona drużyny przeciwnej nie stanowi monolitu i z zimną krwią wykorzystał niezdecydowanie piłkarzy GKS-u. Pokonanie Stachowiaka było już tylko formalnością dla doświadczonego snajpera.

Chwilę później Legia mogła już prowadzić 2:0. Po akcji Ljuboi Stachowiak musiał się ratować interwencją na raty. Po chwili warszawianie stworzyli sobie kolejną sytuację, a potem następną, dominacja ekipy Jana Urbana była aż nadto widoczna. Bełchatowianie nie mieli nic do powiedzenia, poza prośbą o jak najniższy wymiar kary.
Legioniści nie mieli jednak wielkiej ochoty na dotkliwe ukaranie rywala za jego słabość. Niby kolejne sytuacje pojawiały się w hurtowych ilościach, ale jeśli marnuje się tak dogodne sytuacje, jakie miał Janusz Gol, to trudno marzyć o kolejnych trafieniach. Taki schemat utrzymywał się do końca pierwszej połowy, jednak legioniści mogli być pewni, że mimo prowadzenia usłyszą w szatni kilka mocnych słów.
Drugą odsłonę spotkania dość niespodziewanie lepiej rozpoczęli piłkarze Bełchatowa. Zryw gospodarzy nie trwał jednak długo, ich zapał został bowiem ostudzony przez dwójkę Kucharczyk – Żyro. Ten pierwszy podawał, drugi strzelał, w efekcie Stachowiak musiał po raz drugi wyciągać piłkę z siatki.
Końcówka meczu nie przyniosła większych emocji. Starał się, jak mógł Wroński, ale osamotniony młodzian nie mógł zdziałać zbyt wiele w ofensywie bełchatowskiej maszyny. Legioniści nie mieli się o co martwić, trzy punkty były pewne. Jednak mimo zwycięstwa nie udało się uniknąć strat. Na kilka minut przed zakończeniem spotkania kontuzji doznał Ivica Vrdoljak. Jak na razie nie wiadomo, czy uraz jest poważny, jednak jego występ w kolejnym meczu stoi pod wielkim znakiem zapytania.











