Derby Polski to jedno z najważniejszych spotkań w krajowym futbolu, w którym prestiż, historia i ambicje obu klubów odgrywają ogromną rolę. Lech Poznań i Legia Warszawa mają na koncie łącznie 25 tytułów mistrzowskich, a ich kibice od lat należą do najbardziej rozpoznawalnych w Polsce. Choć na papierze mocniejszą kadrą dysponuje „Kolejorz”, jego ostatnie występy w europejskich pucharach pozostawiają wiele do życzenia. Dwie dotkliwe porażki i remis w Lidze Europy sprawiły, że poznański zespół nie może być w pełni zadowolony ze swojej postawy na arenie międzynarodowej. Z kolei Legia Warszawa pod wodzą Marka Papszuna wyraźnie odżyła i od początku sezonu pozostaje niepokonana, pokazując, że również ma argumenty, by rywalizować z najlepszymi. Jak wyglądałaby wspólna jedenastka Lecha i Legii oraz która z drużyn miałaby w niej więcej przedstawicieli? Sprawdźmy, kto w takim zestawieniu miałby przewagę.
W polszczyźnie nie brakuje przysłów, które doskonale pasują do różnych sytuacji. Jednym z nich jest „Dwa koguty na jednym śmietniku się nie zgodzą” – powiedzenie idealnie oddające charakter nadchodzącego starcia Legii Warszawa z Lechem Poznań.
Tytułowy „śmietnik” możemy metaforycznie utożsamić z PKO BP Ekstraklasą, stanowiącą terytorium rywalizacji dwóch piłkarskich hegemonów. Koguty symbolizują natomiast kluby, które od lat walczą o dominację na krajowej scenie. Przez wiele sezonów ich bezpośrednie starcia kojarzyły się z najwyższym poziomem sportowym, wielkimi budżetami i kibicami godnie reprezentującymi Polskę w Europie. W ostatnich latach rzeczywistość nie zawsze odpowiadała temu obrazowi. Tym razem jednak zarówno Lech, jak i Legia prezentują w lidze wysoką formę, co dodatkowo podgrzewa atmosferę przed nadchodzącym klasykiem.
Na czym będzie polegać to zestawienie?
Żeby uzmysłowić sobie, na czym „moja” łączona jedenastka będzie polegać, zdefiniujmy kilka kryteriów. Jednym z nich będzie limit minut. W moim zestawieniu pod uwagę weźmiemy zawodników, którzy w tym sezonie zagrali przynajmniej 75% minut (675 minut). Dodatkowo w końcowym łączonym zestawieniu nie będzie miejsca dla piłkarzy kontuzjowanych i wykluczonych z różnych dodatkowych względów.
Jeśli chodzi natomiast o sam skład, to wytypuję za chwilę całą jedenastkę piłkarzy, którymi będzie sterował subiektywnie wybrany trener, oraz trzech zawodników rezerwowych, którzy nie znaleźli się w składzie, a zasłużyli na wyróżnienie. Chciałbym zaznaczyć w tym miejscu, że zestawienie przygotowane przeze mnie ma wyłącznie charakter publicystyczny i czysto subiektywny, a brana pod uwagę jest tylko obecna forma piłkarzy obu zespołów.

Bramkarz
Na pozycji bramkarza stawiam na Otto Hindricha z Legii Warszawa, który nieznacznie wygrywa statystyczne porównanie z Mateuszem Lisem. Rumun w 24 meczach zachował 8 czystych kont, a jego skuteczność obron wynosi około 78%. Dodatkowo współczynnik powstrzymanych goli Hindricha to +4,1, podczas gdy u Lisa wynosi -2,5. Bramkarz Legii notuje również więcej interwencji – średnio 3,2 na mecz. Dodatkowo lepiej wypada pod względem długich podań i ich celności.
Nie umniejsza to jednak dokonań Lisa, który w meczu z Sunderlandem zaliczył aż siedem interwencji, pomagając Lechowi wywalczyć remis. Jednak patrząc szerokokątnie na występy Lisa z początku sezonu, należy sobie powiedzieć jasno. Nie były to występy, jakich się po nim spodziewano, gdy przychodził do Lecha z Goztepe. Dlatego w tym zestawieniu nieznacznie wygrywa Hindrich.
Obrońcy
Piątkowski jest dla mnie naturalnym liderem środka – wystąpił w 10 ligowych meczach i spędził na boisku 897 minut. Po drugiej stronie stawiam na Mońkę, który jest jednym z największych pozytywów Lecha w ostatnich miesiącach. 19-letni obrońca praktycznie nie wypada ze składu, a w samej Ekstraklasie uzbierał już 810 minut. Gurgul daje natomiast coś więcej niż samą stabilność. Lewonożny defensor ma już dwie asysty w lidze, 83,4 procent celnych podań i 12 kluczowych podań, więc nie ogranicza się wyłącznie do bronienia. Według mnie jest to właśnie najlepszy lewy obrońca w ekstraklasie.

Całość uzupełnia Pereira, którego obecność jest dla mnie właściwie obowiązkowa. Portugalczyk nie ma za sobą idealnego sezonu, ale nadal daje Lechowi coś, czego trudno szukać u wielu bocznych obrońców. Ma umiejętność kreowania gry. Cztery asysty w lidze i 24 udane odbiory w ostatnich dziesięciu meczach dobrze pokazują, że jego wpływ nie kończy się na własnej połowie.
Pomocnicy
W środku pola postawiłem na Rafała Augustyniaka, Antoniego Kozubala i Pablo Rodrígueza. To połączenie doświadczenia, pracy i jakości z piłką.
Augustyniak jest tutaj trochę zawodnikiem od czarnej roboty, ale w tym sezonie trudno przejść obok jego liczb obojętnie. W 11 meczach Ekstraklasy zdobył cztery bramki i dołożył dwie asysty, a do tego rozegrał każdą możliwą minutę. Co ważne, jego rola w Legii mocno się zmieniła. Po przesunięciu niżej i większym zaufaniu stał się jednym z liderów zespołu.

Kozubal z kolei nie jest wyborem pod same liczby. To zawodnik, którego wartość widać przede wszystkim w organizacji gry i pracy w środku pola. Ma już doświadczenie w grze na pozycji numer sześć, choć naturalnie jest bardziej „ósemką”, i właśnie dlatego jego obecność obok Augustyniaka daje temu zestawieniu równowagę.
No i jest jeszcze Pablo Rodríguez, czyli zawodnik, którego po prostu nie dało się pominąć. Hiszpan ma obecnie sześć goli i sześć asyst w Ekstraklasie, co daje mu aż 12 bezpośrednich udziałów przy bramkach – najwięcej w całej lidze. Do tego jest w czołówce piłkarzy mających najwięcej wkładu w zdobywanie bramek w najlepszych ligach Europy. To właśnie on ma być w tej pomocy człowiekiem od ostatniego podania, wejścia w pole karne i zrobienia czegoś nieoczywistego.
Napastnicy
Z przodu zdecydowałem się na Patrika Wålemarka, Łukasza Zjawińskiego i Daniela Håkansa.
Tutaj najważniejsza była dla mnie różnorodność. Wålemark jest zawodnikiem, który w tym sezonie daje Lechowi konkretne liczby – pięć goli i trzy asysty w lidze. To nie jest skrzydłowy, który tylko efektownie wygląda z piłką przy nodze, ale zawodnik realnie przekładający swoją grę na bramki. Jeśli weźmiemy pod uwagę jego występy w reprezentacji Szwecji, to dojdziemy do wniosku, że jest to najlepszy skrzydłowy naszej ekstraklasy.

Zjawiński ma natomiast pełnić rolę klasycznej „dziewiątki”. W 10 ligowych spotkaniach strzelił cztery gole, a jego skuteczność pokazuje, że potrafi być groźny, kiedy dostaje swoje sytuacje. Håkans jest tutaj wyborem przede wszystkim ze względu na dynamikę i uniwersalność. Fin może występować zarówno na skrzydle, jak i bliżej środka, a w obecnym sezonie w Ekstraklasie zanotował dwie asysty w zaledwie 177 minutach.
Do tego dołożył dwa gole w eliminacjach Ligi Europy. To zawodnik, który nie potrzebuje wielu minut, żeby zrobić różnicę – potrafi przyspieszyć akcję, wejść w wolną przestrzeń i dać drużynie coś innego niż bardziej pozycyjni zawodnicy. Właśnie dlatego w mojej jedenastce znalazł się przed Palmą, który po udanym zeszłym sezonie teraz prezentuje się fatalnie.
Trener
Tutaj miałem chyba największy dylemat, bo Frederiksenowi po prostu należy się ogromny szacunek. Z Lechem zdobył mistrzostwo Polski i zapewnił klubowi awans do fazy ligowej Ligi Europy. Więc trudno przejść obok tego obojętnie. Ostatecznie postawiłem jednak na Marka Papszuna. Z jednej strony dlatego, że Legia w tym sezonie nie przegrała jeszcze ligowego meczu. Z drugiej natomiast i chyba przede wszystkim dlatego, co udało mu się zrobić z tym zespołem. Mam wrażenie, że Papszun stworzył z Legii kolektyw. Drużynę, która może nie zawsze zachwyca, ale jest niewygodna dla każdego rywala, potrafi wygrywać mecze i przede wszystkim bardzo trudno ją złamać.

W pewnym sensie zrobił coś z niczego, bo przed startem sezonu trudno było stawiać Legię w roli zespołu, który będzie tak regularny. Dzisiaj to drużyna mająca swoją tożsamość, charakter i wyraźny pomysł na grę. Dlatego mimo ogromnych dokonań Frederiksena bardziej doceniam pracę Papszuna – za to, jak szybko potrafił zbudować zespół, który stał się trudnym rywalem praktycznie dla każdego.
Trzej wyróżnieni na ławce
Na ławce chciałem mieć przede wszystkim zawodników, którzy mogą zmienić przebieg spotkania, a nie po prostu kolejne znane nazwiska.
Allahyar Sayyadmanesh jest tutaj chyba najbardziej oczywistym wyborem. Irańczyk zdobył w tym sezonie pięć ligowych bramek w zaledwie 454 minutach, co daje niemal gola na 90 minut, a do tego oddał 16 strzałów, z czego dziewięć było celnych. To idealny zawodnik na moment, w którym trzeba zwiększyć tempo i bezpośredniość. Z całą pewnością mógłby znaleźć się w pierwszym składzie i raczej nikt nie byłby tym zaskoczony.

Mikael Ishak daje z kolei doświadczenie i spokój pod bramką – trzy gole i trzy asysty w lidze, a także aż 11 dogodnych sytuacji pokazują, że nadal potrafi być bardzo groźny.
Trzecim wyborem jest Rafał Adamski, który może być trochę mniej oczywistym nazwiskiem, ale właśnie dlatego chciałem go wyróżnić. W 10 ligowych meczach Legii zdobył cztery bramki, mimo że spędził na boisku tylko około 540 minut. To zawodnik, którego można wprowadzić w drugiej połowie i liczyć na świeżość oraz konkretną pracę w polu karnym. Ma on jednak swoją jedną wadę. Jest bardzo niechlujny w swoim graniu. Do tego dochodzi nieregularność, która spowodowała, że znalazł się na ławce.
Taka ławka daje mi przede wszystkim możliwość zmiany charakteru ofensywy bez konieczności całkowitego przemeblowania zespołu.











