Lech Poznań z łatwością ograł na własnym stadionie Cracovię 3:1. Bramki dla walczących o europejskie puchary gospodarzy strzelili Możdzeń, Ubiparip i Rudnew, honoru gości starał się bronić Grzelak. Trzeba przyznać, iż goście niespecjalnie przetestowali formę „Kolejorza” i po takim meczu ciężko wyrokować cokolwiek o zespole z Poznania.
Oglądanie przedłużającej się agonii Cracovii jest przykre, dla własnego dobra zespół powinien mecze oddać walkowerem i skupić się na przygotowaniach do I ligi, gdyż w ekstraklasie nic dobrego już go nie spotka. Lech to spotkanie może traktować jako rozpęd przed kolejnymi meczami, a trener Rumak zyskał kolejne dni spokoju w budowaniu zespołu.

Najlepszym symbolem beznadziei przyjezdnych jest Koen van der Biezen wyglądający na kogoś, kto w żadnym wypadku nie chce strzelić bramki. Nawet gdy Cracovia zagrała coś dobrze, rzuciła się do ataku, piłka, niestety, trafiała do Holendra i akcja na tym się kończyła. Można wspomnieć choćby o kapitalnej szansie w siódmej minucie, gdy wspomniany „napastnik” znalazł się w sytuacji sam na sam z Jasminem Buriciem, na nieszczęście „Pasów” piłki prędzej można było szukać na trybunach niż w bramce.
Na brutalną lekcję o tym, co dzieje się z marnującymi tego typu akcje, nie trzeba było długo czekać. W 14. minucie na skrzydle znakomicie znalazł się Luis Henriquez, który dośrodkował w pole karne, gdzie najpierw do piłki nie doszedł Artiom Rudniew, jednak za jego placami znalazł się Mateusz Możdzeń i trochę nieudolnie wpisał się na listę strzelców. Wydawało się, że po takim początku Cracovia będzie zbierać już tylko ciosy, a jedyną tajemnicą pozostaje wymiar kary. Początkowo wszystko przebiegało wedle tego scenariusza, Lech wstrzeliwał futbolówkę w „szesnastkę” rywali i wywierał coraz większą presję na obrońcach krakowian.
Nastała jednak 27. minuta, gdy bezmyślnością błysnął Hubert Wołąkiewicz. Niegroźną akcję na skraju pola karnego przeprowadzał Visnakovs, polski defensor zdecydował się na bezpardonowy atak, a sędzia oczywiście odgwizdał słusznego karnego. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze od bramki podszedł Bartosz Grzelak i pewnie pokonał Buricia, wyrównując stan meczu.
Lech kolejny raz umieścił piłkę w siatce w 35. minucie, lecz arbiter zdecydował się odgwizdać spalonego. Nieszczęśliwym strzelcem prawie bramki został Rudnev, po którym od początku spotkania widać było spory głód goli.
Na prawdziwą nie trzeba było jednak długo czekać. W trzy minuty później, po kolejnym dobrym dośrodkowaniu, na listę strzelców wpisał się Vojo Ubiparip. Trzeba docenić znakomity wyskok serbskiego gracza i po raz kolejny zganić beznadziejną defensywę Cracovii. Naprawdę oglądając popisy „Pasów”, można odnieść wrażenie, że ich obrona była kompletowana na zasadzie losowania pośród przypadkowych przechodniów.











