Lech Poznań ograł na własnym obiekcie Lechię Gdańsk 2:1. Bramki dla gospodarzy zdobyli Ubiparip oraz Możdżeń. Gości wyręczył Dimitrije Injac.
Kibice „Kolejorza” doskonale zdają sobie sprawę, iż zespół włącza się do walki o europejskie puchary. Podbudowani dobrą dyspozycją podopiecznych Mariusza Rumaka postanowili więc sporą liczbą przyjść na Stadion Miejski, by dopingować zespół w pojedynku z gdańską Lechią.
Gospodarze od pierwszej minuty spotkania pokazywali, kto jest faworytem tego pojedynku. Lechici długo utrzymywali się przy piłce, starając się rozmontować defensywę zespołu prowadzonego przez Pawła Janasa.

Jako pierwszy sygnał do ataku dał Artiom Rudniew. Prawą stroną popędził Marcin Kikut, który zagrał płaską piłkę w pole karne. Tam przepuścił ją Ubiparip, poślizgnął się Bąk, dzięki czemu futbolówka trafiła do Łotysza. Lider klasyfikacji strzelców, nie zastanawiając się zbyt długo, uderzył, ale świetną interwencją popisał się Pawłowski.
Lechiści ewidentnie czekali na okazję do kontrataku. Gospodarze mądrze się jednak bronili, nie pozwalając przyjezdnym na zbyt wiele. Kolejną doskonałą sytuację do objęcia prowadzenia Lech miał w 28. minucie. Szybko wyprowadzona futbolówka trafiła do Tonewa. Bułgar popędził lewą stroną, zszedł do środka i zagrał wzdłuż linii piątego metra. Tam znalazł się Rudniew, który zdołał uprzedzić bramkarza. Po chwili zamiast unieść ręce w geście triumfu, mógł jedynie złapać się za głowę, ponieważ w doskonałej sytuacji przeniósł piłkę ponad poprzeczkę.
Łotysz próbował jeszcze raz w 34. minucie, lecz podobnie jak we wcześniejszych sytuacjach uderzył ponad bramką. Kilkadziesiąt sekund później najlepszą w pierwszej połowie okazję stworzyli sobie gdańszczanie. Po świetnie wyprowadzonej kontrze tuż sprzed linii pola karnego uderzał Kosecki. Młody zawodnik trafił jednak wprost w golkipera.

Wreszcie tuż przed końcem pierwszej połowy padła bramka. Po raz kolejny akcję zainicjował świetnie dysponowany Kikut. Prawy obrońca „Kolejorza” zagrał po ziemi do Ubiparipa. Ten znalazł się na linii szesnastego metra i nieatakowany przez nikogo spokojnie przymierzył. Po chwili napastnik gospodarzy mógł świętować wraz z kolegami, ponieważ piłka wpadła do bramki tuż obok słupka.












