Przy pustych trybunach Stadionu Miejskiego w Poznaniu, Lech podejmował Górnika Zabrze. Gospodarze w fatalnych nastrojach, po porażce w finale Pucharu Polski i wcześniej w lidze z Zagłębiem, chcieli wreszcie wygrać i zacząć się piąć w górę tabeli. Na drodze stanęli im górnicy z Zabrza, będący w euforii po zwycięstwie nad Wisłą w Krakowie.

Z animuszem rozpoczął Lech. Rudnevs świetnie wyłożył futbolówkę tuż przed polem karnym, tam dopadł do niej Krivets i z najwyższym trudem na raty wybronił bramkarz Górnika, Nowak. Lech był bardzo aktywny od pierwszych minut i już w 4. na listę strzelców mógł wpisać się Wilk. Jednak po świetnym podaniu Stilicia, który dziś pojawił się na boisku od pierwszych minut, uderzył wprost w Nowaka. Chwilę później umiejętności bramkarza gości sprawdził ponownie Krivets i znów górą był Nowak.

Górnik, mocno zdeprymowany, bronił się chaotycznie i gdyby troszkę bardziej skuteczni byli gospodarze, już na początku spotkania mogło by być po meczu. Znów doskonale w polu karnym gości odnalazł się Rudnevs i w ostatniej chwili, efektownym szczupakiem piłkę z nogi zdjął mu Danch. Dopiero w 10. minucie z pierwszą groźną akcją wyszedł Górnik. Piłkę stracił Djurdjević i gdyby nie doskonała interwencja Henriqueza, mogło by być groźnie. Wyborną sytuację zmarnował chwilę później Wodecki. Po dośrodkowaniu Sikorskiego zawodnika z Zabrza nie trafił w bramkę.

W końcu jednak to Lech przeprowadził skuteczną akcję. Krivets świetnie uruchomił na skrzydle Wilka, ten dośrodkował do niepilnowanego Rudnevsa i Łotysz pięknym wolejem z dziesięciu metrów dał swojemu zespołowi prowadzenie. W 19. minucie mogło być 2:0, jednak Henriquez zamiast uderzać z pierwszej piłki, próbował ja przyjąć. Skończyło się na skutecznej interwencji obrońców Górnika. Kolejne minuty spotkania, to okres mało ciekawej gry obu zespołów. „Kolejorz” kontrolował spotkanie, a goście nie mieli pomysłu na grę. Dopiero w 36. minucie znowu zrobiło się ciekawie, za sprawą Djurdjevicia, który potężnie huknął z dystansu. Nowak wybił futbolówkę przed siebie wprost pod nogi Stilicia, a ten… uderzył w bramkarza. Na przerwę Lech schodził w lepszych humorach.











