Lech Poznań wygrał pewnie mecz z Lechią Gdańsk 2:0. Dzięki wygranej w 13. kolejce Ekstraklasy, lechici zdołali wskoczyć na czternastą pozycję w tabeli.
Od pierwszych minut zaatakowali aktualni mistrzowie Polski, którzy strzałami różnego rodzaju próbowali zaskoczyć Sebastiana Małkowskiego. Swoje sytuacje seryjnie marnowali Rudnevs, Kikut, a także skuteczny w ostatnim czasie Mateusz Możdżeń. Niestety dla gospodarzy, Małkowski pozostawał niepokonany. Odpowiedzią gdańszczan była składna akcja na połowie Lecha, która zakończona została strzałem Pawła Buzały, ale piłka tylko minęła słupek bramki Kotorowskiego.

Po pół godzinie gry znów zaatakowali gospodarze. Najpierw do znakomitego podania Wilka nie doszedł Artjoms Rudnevs, a chwilę później po dośrodkowaniu z rzutu rożnego minimalnie niecelnie uderzał Bosacki. Chwilę później swoją szansę miał Stilić, kiedy po krótkim rozegraniu kornera Serb dośrodkował piłkę na tyle zaskakująco, że ta omal nie wpadła do siatki Małkowskiego.
Zaraz po powrocie na plac gry swoje sytuacje z pierwszej połowy na bramkę przełożyli w końcu poznaniacy. Niezwykle aktywny Wilk fantastycznie wyczuł wybiegającego sam na sam z Małkowskim Peszkę, a skrzydłowy Lecha bez problemów pokonał swojego przeciwnika.
Sześć minut później „Kolejorz” już prowadził 2:0. Rzut rożny wykonywany przez Kriwca, a egzekutorem w tej sytuacji okazał się nikt inny, jak Rudnevs, który odznaczył się niezłym instynktem strzeleckim. Po podwyższeniu prowadzenia lechici starali się nadal atakować, a rajdami popisywali się pomocnicy w osobach Kikuta oraz Wilka.
Świetną okazję wypracował sobie jeszcze Kriwiec, który z około 35 metrów zdecydował się na strzał, a Małkowskiego tym razem uratowała poprzeczka. Chwilę później także z dystansu zaskoczyć bramkarza Lechii starał się Peszko, ale tym razem Małkowski spokojnie złapał futbolówkę.
Na dziesięć minut przed końcem meczu w sytuacji sam na sam znalazł się wprowadzony z ławki rezerwowych Joel Tshibamba. Niestety, snajper Lecha spudłował, a wynik pozostał nie zmieniony. Lechia mogła jeszcze zdobyć gola honorowego, ale Kotorowski nie dał się ograć, gdy znalazł się oko w oko z Sazankowem.











