Od 2010 roku piłkarską stolicą kraju jest Poznań. W meczu ostatniej kolejki Ekstraklasy Lech pokonał Zagłębie Lubin 2:0 i został mistrzem kraju sezonu 2009/2010. Jest to pierwszy triumf lechitów w lidze od 1993 roku.

Cała piłkarska Polska żyła tym, która drużyna będzie reprezentowała nasz kraj na arenie międzynarodowej w przyszłym sezonie. Przed ostatnią kolejką w obozach dwóch pretendentów do tytułu przygotowywano się w sposób szczególny. Dla wielu piłkarzy był to najważniejszy mecz w sezonie. Przed spotkaniem z Zagłębiem „Kolejorz” rozdawał karty, gdyż zajmował pierwsze miejsce i do zdobycia upragnionego triumfu brakowało zaledwie zwycięstwa. Lubinianie jednak odgrażali się, że zrobią wszystko, aby wywieźć z Poznania trzy punkty. Chcieli umocnić się na szóstej pozycji, która przed rundą wiosenną byłaby dla „Miedziowych” marzeniem. Zainteresowanie meczem było ogromne. W kasach brakowało biletów, już przed przedostatnią kolejką. Nie tylko kibice obu klubów ostrzyli sobie zęby na ten mecz. Oczy całej piłkarskiej ojczyzny były skierowane na stadion przy ulicy Bułgarskiej, bo to tam miało miejsce rozstrzygnięcie mistrzostwa Polski.

Początek pojedynku to nieśmiałe ataki podopiecznych trenera Zielińskiego. Aktywny był Sławomir Peszko, który kilka razy próbował przedrzeć się prawą stroną boiska. Jednak w jego dośrodkowaniach brakowało precyzji. Poza tym pierwszy kwadrans nie był widowiskiem, który obfitował w dużą liczbę strzałów na bramkę. Na boisku widać było zacięcie i sportową agresję, szczególnie w poczynaniach zawodników Lecha. W 17. minucie Ilijan Micanski próbował zaskoczyć Kotorowskiego strzałem z ponad dwudziestu metrów, jednak bramkarz z Poznania nie dał się pokonać i wybił piłkę na rzut rożny.

W 22. minucie piłkarze Lecha Poznań byli już bardzo blisko mistrzostwa. Pomógł im w tym Wojciech Kedziora, który wpakował piłkę do własnej bramki. Sergiej Kriwiec dośrodkowywał w pole karne na głowę Wojtkowiaka, który zgrał piłkę w gąszcz piłkarzy znajdujących się na piątym metrze od bramki. Tam właśnie błąd popełnił napastnik Zagłębia i strzelił samobójczą bramkę z najbliższej odległości. Po tym golu piłkarze Marka Bajora próbowali odrabiać straty. To oni starali się rozgrywać piłkę, przejąć inicjatywę w tym meczu. Lechici cofnął się na własną połowę, jakby byli przekonani, że jednobramkowa przewaga w danej minucie przyniesie im najważniejsze piłkarskie trofeum w Polsce. Zawodnicy czekali na kontrataki. Z przodu czyhał tylko Robert Lewandowski, którego co kilka minut starali się uruchomić Peszko bądź Kriwiec. Kędziora starał się zrehabilitować za samobójcze trafienie. Piłkarz Zagłębia dwoił się i troił, aby doprowadzić do rezultatu remisowego. W ostatniej minucie pierwszej odsłony Traore dośrodkowywał jeszcze z rzutu wolnego z prawej strony boiska. Jednak jego podanie było dalekie od ideału. Lech po pierwszej połowie wygrywał 1:0 i był bardzo bliski gry w eliminacjach Champions League.











