Jagiellonia Białystok kolejny raz traci punkty. Tym razem przegrała na własnym boisku z gdańską Lechią 1:2. Wynik w pełni odzwierciedla kiepską postawę gospodarzy w tym spotkaniu.

Już od pierwszych minut goście z Gdańska podeszli bardzo wysoko pod bramkę Jagiellonii. Bardzo aktywni byli Ivans Lukjanovs oraz Abdou Razack Traore, którzy próbowali zdobyć bramki w pierwszym kwadransie gry po mocnych strzałach zza pola karnego. Niestety dla graczy z Gdańska, obie próby nie zakończyły się powodzeniem. W kolejnych minutach dalej przeważała Lechia. Niestety, w pierwszej części gry można było zauważyć kilka pomyłek arbitrów, szczególnie liniowych, którzy bardzo często przerywali akcję drużyny z Białegostoku, odgwizdując spalone czy faule w ofensywie, których nie było.
W drugim kwadransie pierwszej połowy Lechia mogła wyjść na prowadzenie, jednak po małym zamieszaniu pod bramką Jagiellonii po rzucie rożnym piłkę wybijał Sandomierski, ale gdyby nie pomoc Mladena Kascelana, do piłki dobiegliby zawodnicy drużyny gości i stanęliby praktycznie oko w oko z pustą bramką. Pierwsza połowa zakończyła się remisem, ze zdecydowanym wskazaniem na gości.

Druga część gry obfitowała w bramki i sporo błędów. Już dziesięć minut po wznowieniu gry bramkę zdobył… Grzegorz Sandomierski. Bramkarz Jagiellonii zdobył bramkę samobójczą, niefortunnie interweniując. Utalentowany bramkarz, chcąc obronić strzał, wtoczył piłkę do własnej bramki. Niespełna trzy minuty później Lechia była w bardzo komfortowej sytuacji. Swoją sytuację wykorzystał zawsze niezawodny Abdou Razack Traore, podwyższając tym samym wynik spotkania na 2:0.
Jagiellonia Białystok nie chciała tanio sprzedać skóry. W 61. minucie, czyli dwie minuty po stracie drugiej bramki, do siatki gości trafił doświadczony Jarosław Lato. Były gracz między innymi Śląska Wrocław i Polonii Warszawa zdobył bardzo ładną bramkę z woleja, wykorzystując dokładne dośrodkowania od Tomasza Kupisza. Na 23 minuty przed końcem boisko opuścił Vuk Sotirović. Występujący z numerem 99 na koszulce gracz nie może tego debiutu zaliczyć do udanych, bo podobnie jak jego koledzy z zespołu, nie był zbyt widoczny. W ostatnim kwadransie białostocka Jagiellonia mogła wyrównać. W zamieszaniu w polu karnym piłkę przejął Rafał Grzyb, jednak tak długo zwlekał, że zawodnicy drużyny przeciwnej zdążyli się w tym wszystkim połapać i akcja spaliła na panewce. Ostatecznie Jagiellonia przegrała na własnym boisku z gdańską Lechią. Wszystko wskazuje na to, że kryzys podopiecznych Michała Probierza trwa nadal. Czyżby brakowało Kamila Grosickiego?











