Decyzja wyciekła wczoraj wieczorem, dziennikarze „The Times” prawdopodobnie dowiedzieli się od samego piłkarza bądź jego agenta, tuż po spotkaniu, jakie Liverpool rozgrywał tego dnia na Anfield z Leicester (2:2), zwieńczonym dwoma golami kapitana. Kapitan drużyny prowadzonej obecnie przez Rodgersa po prostu jest świadomy tego, że nie jest w stanie dalej grać na takim poziomie jak kiedyś, a jego decyzja ma dać włodarzom klubu z Anfield czas na znalezienie następcy.
29 listopada 1998 roku. W zasadzie niezbyt nadzwyczajny dzień, Liverpool o tej porze roku nie należy do najpiękniejszych miast globu, pokryty falą deszczów idących znad Atlantyku. Obecnie więcej deszczu z tamtych stron niż kiedyś statków, w końcu Liverpool należał do największych portów na świecie. Złote lata tego miasta przypadają na okres rewolucji przemysłowej, gdy cała północna Anglia rozwijała się w nieprawdopodobnym tempie.Potem próbowano ratować powolny upadek miasta, promując Beatlesów jako rodowitych liverpoolczyków oraz inwestując w drużynę piłkarską, która w latach 70. i 80. siała grozę w kraju i w Europie, wygrywając wszelkie możliwe trofea.
Owa drużyna akurat tego dnia rozgrywała mecz na Anfield z Blackburn Rovers i wygrywała 2:0. Gerard Houllier, trener Liverpoolu w tamtym czasie, postanowił zrobić zmianę i wpuścić 18-latka, którego dopiero co awansował z zespołu rezerw, za nieco zmęczonego norweskiego prawego obrońcę, Vegarda Heggema. Norweg nie był zachwycony. Jak wspominał w 2013 roku w wywiadzie dla gazety klubowej: „Usłyszałem, że zaraz będzie zmiana. Spojrzałem na tablicę i widzę numer 14, swój numer. No trudno, wcześniejszy prysznic. Ale co to za speszony, kościsty dzieciak wchodzi? W dwie minuty chyba niczego nie rozwali”. Tym speszonym dzieciakiem był Steven Gerrard, wtedy grający z numerem 28. To był jego debiut. Heggem 63 razy zagrał dla „The Reds”, Gerrard jak na razie uzbierał 695 występów.
Oto scena tuż przed jego wejściem na plac gry. Jak powiedział sam komentator, Gerrard nawet nie pojawił się w programie meczowym dla kibiców na ten dzień. Parę lat później ucięliby głowę trenerowi, który nie zmieściłby go w składzie u szczytu formy.
Pierwszym naprawdę poważnym meczem dla młodego Anglika był finał Pucharu UEFA, trzy lata później na Westfalenstadion z Deportivo Alaves. Przyszły kapitan drużyny z Merseyside wyszedł w pierwszym składzie i pomógł drużynie wygrać 5:4 (po dogrywce), strzelając gola na 1:1 w 16. minucie. To było jego pierwsze trofeum zdobyte w czerwonej koszulce.
Na kolejne przyszła pora dwa lata później. Trenerem nadal był Francuz Gerard Houllier, a Liverpool awansował do finału Pucharu Ligi, w którym przyszło mu się zmierzyć z jednym z dwóch największych rywali, Manchesterem United. Tym razem Gerrard ponownie wyszedł w pierwszym składzie, grając u boku Niemca, Didiego Hamanna, w środku pola. Liverpool znowu wygrał, tym razem dwa do zera, a gola otwierającego mecz strzelił wychowanek zespołu, nie byle jakim strzałem pokonując reprezentanta Francji, Fabiana Bartheza. Co ciekawe, za bohatera tego spotkania został uznany polski bramkarz Liverpoolu, Jerzy Dudek. Jak się okaże później, nie po raz pierwszy.











