Nic nie trwa wiecznie, wszystko ma swoją datę ważności. Tezie tej zdaje się jednak zaprzeczać sir Alex Ferguson. Od blisko ćwierćwiecza dumny Szkot okupuje angielską ziemię, zasiadając na manchesterskim tronie. Frustruje przy tym swoich kolejnych oponentów w walce o tytuły mistrzowskie, przewracając ich niczym pionki na szachownicy. Czy odkrył sekret nieśmiertelności? A może po prostu jest geniuszem?
Odpowiedź, której postaram się udzielić, mogłaby sugerować, iż brak jednolitych wniosków zastąpią akademickie dywagacje i puste frazesy. Jednak nie jest ona do końca jednoznaczna i brzmi: to zależy. Szkot jest geniuszem i nie jest geniuszem. Ale po kolei.

Sir Alex wypracował swój unikalny system pracy. Credo Szkota zdaje się wybrzmiewać w zaledwie dwóch tonach skupionych wokół władzy i kontroli. SAF wydaje się dostawać drgawek na sam dźwięk słowa „demokracja”. Władza ludu nie jest tym, co propaguje w swoich drużynach. Bliżej mu raczej do wujaszka Stalina, kontrolującego wszystko i wszystkich żelazną, zamordystyczną ręką. Szkot twierdzi, iż żaden, najwybitniejszy nawet zawodnik nie jest większy niż klub, w którym gra. Dobro nadrzędne Manchesteru United, marka i wartość sama w sobie, tak pieczołowicie rozwijana przez lata, stoi wyżej niż jakikolwiek kopacz. Czy Ferguson, mówiąc o klubie, ma na myśli siebie? Tego nie dowiemy się nigdy, ale istnieje taka możliwość. Wrósł on bowiem tak bardzo w manchesterskie korzenie, iż wydaje się z nimi połączony wspólnymi naczyniami krwionośnymi, niczym jeden organizm, w perfekcyjnej symbiozie. Patrick Barclay w biografii menedżera „Football, bloody hell!” pisze, że ten niedefiniowalny pierwiastek, świadczący o unikalności samego klubu i jego marki, SAF nazywa DNA Manchesteru United. Według sir Aleksa charakteryzuje się ono wielkością, wolą zwyciężania, niezłomnością, dumą, lojalnością oraz pamięcią o historii. Pytanie zasadnicze brzmi jednak: czy owo DNA United było w tym zespole od zawsze czy jest ono może wyłącznie zasługą Fergusona, który przeszczepił je od siebie na manchesterski grunt? Czy sir Alex tak bardzo wrósł w klub, że niejako stał się nim? Zaryzykuję stwierdzenie, iż Szkot i ekipa nie są jednością. To Ferguson jest Manchesterem United. Nie ma DNA United. To wyłącznie kwas dezoksyrybonukleinowy „Fergiego”.
Pracuś
Alexander Ferguson sen. był typowym przedstawicielem klasy robotniczej. Wierny swoim zasadom, hołdujący klasycznym dla pracującej ludności małych miast ideałom. Zwykł mawiać: „Jeśli sprawa jest warta wykonania, zrób to najlepiej, jak tylko się da”. Wierzył i wierzy w to po dziś dzień także jego syn. Jest pierwszym, który zjawia się w ośrodku treningowym United w twierdzy Carrington, i ostatnim, który z niego wychodzi. Ferguson jest typowym socjalistą, wierzy w pracę, pracę i jeszcze raz ciężką pracę. Wyraz swoim upodobaniom politycznym dawał niejednokrotnie, popierając kampanię laburzystów w walce o fotel premiera dla Tony’ego Blaira czy przyjaźniąc się z Alastairem Campbellem, byłym czołowym politykiem Partii Pracy. Kontrola i władza to wizytówka „Fergiego”. Przychodząc do Manchesteru United, zrewolucjonizował ten klub od podstaw. Wprowadził profesjonalizm, ograniczając spożywanie alkoholu przez zawodników, zwiększył sztab szkoleniowy i medyczny. Wraz z Fergusonem poprawiła się etyka pracy, gracze zaczęli bardziej się przykładać do treningów. Jednak tym, co zmieniło całe United, oczywiście oprócz niezmordowanej, niesamowitej żądzy wygrywania Fergusona, były dwa czynniki – młodość i strach.













