Nic nie trwa wiecznie, wszystko ma swoją datę ważności. Tezie tej zdaje się jednak zaprzeczać sir Alex Ferguson. Od blisko ćwierćwiecza dumny Szkot okupuje angielską ziemię, zasiadając na manchesterskim tronie. Frustruje przy tym swoich kolejnych oponentów w walce o tytuły mistrzowskie, przewracając ich niczym pionki na szachownicy. Czy odkrył sekret nieśmiertelności? A może po prostu jest geniuszem?
Odpowiedź, której postaram się udzielić, mogłaby sugerować, iż brak jednolitych wniosków zastąpią akademickie dywagacje i puste frazesy. Jednak nie jest ona do końca jednoznaczna i brzmi: to zależy. Szkot jest geniuszem i nie jest geniuszem. Ale po kolei.
Sir Alex Ferguson i Ryan Giggs (fot. Skysports.com)
Sir Alex wypracował swój unikalny system pracy. Credo Szkota zdaje się wybrzmiewać w zaledwie dwóch tonach skupionych wokół władzy i kontroli. SAF wydaje się dostawać drgawek na sam dźwięk słowa „demokracja”. Władza ludu nie jest tym, co propaguje w swoich drużynach. Bliżej mu raczej do wujaszka Stalina, kontrolującego wszystko i wszystkich żelazną, zamordystyczną ręką. Szkot twierdzi, iż żaden, najwybitniejszy nawet zawodnik nie jest większy niż klub, w którym gra. Dobro nadrzędne Manchesteru United, marka i wartość sama w sobie, tak pieczołowicie rozwijana przez lata, stoi wyżej niż jakikolwiek kopacz. Czy Ferguson, mówiąc o klubie, ma na myśli siebie? Tego nie dowiemy się nigdy, ale istnieje taka możliwość. Wrósł on bowiem tak bardzo w manchesterskie korzenie, iż wydaje się z nimi połączony wspólnymi naczyniami krwionośnymi, niczym jeden organizm, w perfekcyjnej symbiozie. Patrick Barclay w biografii menedżera „Football, bloody hell!” pisze, że ten niedefiniowalny pierwiastek, świadczący o unikalności samego klubu i jego marki, SAF nazywa DNA Manchesteru United. Według sir Aleksa charakteryzuje się ono wielkością, wolą zwyciężania, niezłomnością, dumą, lojalnością oraz pamięcią o historii. Pytanie zasadnicze brzmi jednak: czy owo DNA United było w tym zespole od zawsze czy jest ono może wyłącznie zasługą Fergusona, który przeszczepił je od siebie na manchesterski grunt? Czy sir Alex tak bardzo wrósł w klub, że niejako stał się nim? Zaryzykuję stwierdzenie, iż Szkot i ekipa nie są jednością. To Ferguson jest Manchesterem United. Nie ma DNA United. To wyłącznie kwas dezoksyrybonukleinowy „Fergiego”.
Pracuś
Alexander Ferguson sen. był typowym przedstawicielem klasy robotniczej. Wierny swoim zasadom, hołdujący klasycznym dla pracującej ludności małych miast ideałom. Zwykł mawiać: „Jeśli sprawa jest warta wykonania, zrób to najlepiej, jak tylko się da”. Wierzył i wierzy w to po dziś dzień także jego syn. Jest pierwszym, który zjawia się w ośrodku treningowym United w twierdzy Carrington, i ostatnim, który z niego wychodzi. Ferguson jest typowym socjalistą, wierzy w pracę, pracę i jeszcze raz ciężką pracę. Wyraz swoim upodobaniom politycznym dawał niejednokrotnie, popierając kampanię laburzystów w walce o fotel premiera dla Tony’ego Blaira czy przyjaźniąc się z Alastairem Campbellem, byłym czołowym politykiem Partii Pracy. Kontrola i władza to wizytówka „Fergiego”. Przychodząc do Manchesteru United, zrewolucjonizował ten klub od podstaw. Wprowadził profesjonalizm, ograniczając spożywanie alkoholu przez zawodników, zwiększył sztab szkoleniowy i medyczny. Wraz z Fergusonem poprawiła się etyka pracy, gracze zaczęli bardziej się przykładać do treningów. Jednak tym, co zmieniło całe United, oczywiście oprócz niezmordowanej, niesamowitej żądzy wygrywania Fergusona, były dwa czynniki – młodość i strach.
Paul Scholes i sir Alex Ferguson, Manchester United (fot. Skysports.com)
Sir Alex na manchesterski grunt przeszczepił wzorce, które znakomicie sprawdzały się w jego poprzednim klubie, czyli Aberdeen. Stał się bossem uczciwym, ale twardym. Jego sławne „suszarki” do dziś sieją panikę w umysłach zawodników. Gracze go szanują, wiedzą bowiem, iż wszystko, co robi, ma na celu odniesienie sukcesu, a nie zmieszanie ich z błotem. Poddają mu się zatem bezwarunkowo. Szkot sam zajmował się wyszukiwaniem młodych talentów, oglądał każdego potencjalnego nowego zawodnika, rozmawiał z jego rodzicami. Oczywiście wraz z biegiem lat i wzrostem znaczenia i popularności globalnej marki United przekazał szereg kompetencji swoim asystentom, jednak na początku było inaczej, robił wszystko sam. Żaden, nawet najmniejszy drobiazg nie mógł mu uciec, musiał mieć decydujące słowo we wszystkich aspektach funkcjonowania klubu. Tak jest do dzisiaj. SAF stworzył perfekcyjną siatkę wyszukiwania młodych talentów i akademię juniorów na najwyższym, światowym poziomie. Złote pokolenie Beckhama, Giggsa, Scholesa, Butta i braci Neville nie zostało kupione za miliony funtów. Wszystkich ich wychował osobiście Ferguson. Twardą, ale uczciwą ojcowską ręką. Ale to nie znaczy, że Szkot nie wydawał. Regularnie bił on bowiem rekordy w kwocie kupna gracza przez zespół piłkarski na Wyspach.
Geniusz czy nie geniusz?
Zależy od definicji geniusza. Osoba genialna potrafi zrobić coś z niczego, natchniona jest pierwiastkiem boskim. Jeśli za kryteria genialności uznamy perfekcyjną organizację pracy, rygor i przez lata doskonale przygotowywane podłoże pod sukcesy, to „Fergie” jest geniuszem. Ale bliżej mu raczej do tytana pracy, osoby genialnej w detalach, prawie ideału, lecz nie do końca. Jak słusznie w swojej książce zauważa Patrick Barclay, Szkotowi masę czasu zajęło zdobycie pierwszego mistrzostwa, dokonał tego bowiem stosunkowo późno, dopiero w 1993 roku. Było to blisko siedem lat po debiucie w roli menedżera „Czerwonych Diabłów”! Nie zapominajmy także o milionach wydawanych rokrocznie na nowych graczy. Wątpliwe, aby w dzisiejszych czasach, kiedy rywalizacja i presja sukcesu jeszcze się zwiększyły, a tempo samej gry i futbolowego świata urosło do szybkości ponaddźwiękowych, dano Fergusonowi tyle czasu na zdobycie mistrzostwa. Zwłaszcza w takiej drużynie jak United. Ale tu wkrada się już kolejny problem. To właśnie sir Alex uczynił ten klub znów wielkim, przywracając mu dawny blask z czasów ery sir Matta Busby’ego. Gdy Szkot zastał Old Trafford, było ono jedynie miejscem wspomnień czasów minionych, regularnie bezczeszczonym przez arcyrywali z Anfield Road. Niezręcznie zatem mówić, ile czasu na odniesienie sukcesu dostałby dziś w United „Fergie”, bo gdyby nie on, nie byłoby dziś być może (a raczej na pewno) w ogóle żadnego triumfu globalnej marki „Czerwonych Diabłów”. Geniuszem jednak nie jest. Jest ciężko pracującym człowiekiem, który poświęcił życie, zdrowie (i zapewne duszę) temu, co najbardziej kocha, czyli piłce i Manchesterowi.
A sami geniusze?
Sir Alex Ferguson i Roberto Mancini (fot. Skysports.com)
Barclay wymienia kilku, przede wszystkim Jose Mourinho i Briana Clougha. Pierwszy niczym legendarny król Midas zamienia w złoto wszystko, czego tylko dotknie. Portugalski szkoleniowiec zawojował Anglię, Włochy, Portugalię, Hiszpanię, wreszcie Europę. W czasach pierwszego świetnego prosperity Chelsea „The Special One” niszczył na Wyspach wszystko i wszystkich, nie biorąc jeńców, zdetronizował okrutnie nawet United Fergusona. Portugalczyk wydaje się jednak niestały w uczuciach futbolowych, ciągle potrzebuje nowych wrażeń. Zmienia kluby jak rękawiczki, szukając następnych wyzwań, kolejnych szans sprawdzenia się, ciągłych dostaw adrenaliny. Brian Clough dokonał za to czegoś jeszcze bardziej niesamowitego, dziś urastającego wręcz do miana mitu. W 1975 roku objął pałętające się w dole drugoligowej tabeli Nottingham Forrest, by w zaledwie cztery lata zdążyć zdobyć wszystko, czyli mistrzostwo Anglii i Puchar Europy (nie wspominając już o innych krajowych trofeach). Niebywałe! W przekroju całej kariery był bardzo podobny do Fergusona, Forrest trenował bowiem aż przez 18 lat, do 1993 roku. Czyli do… początku ery panowania United sir Aleksa.
Konkluzja
Ferguson wielki jest. To wiemy i wiedzieliśmy wszyscy. Wielkość jego bazuje jednak nie na wrodzonym talencie, bo zwyczajnie nie jest geniuszem. Potęga tego człowieka polega na stałości pracy, konsekwencji w dążeniu do celu i umiejętności zmieniania się i dostosowania do nowych kanonów i trendów w futbolu. Równocześnie trener pozostaje sobą, swoją charyzmę przelewa na cały klub. Jego ciało się starzeje, umysł nie. Plus ten charakter i wiążąca się z nim niezłomność, umiejętność kontrolowania wszystkiego i wszystkich. To właśnie kombinacja tych cech od dekad sytuuje go na piedestale. Dokładnie na samym czubku góry lodowej, zwanej futbolowym światem. Ferguson to nie United. United to Ferguson. Szkot wydaje się jednak panicznie bać emerytury. Decyzję o odejściu przekładał już kilkukrotnie. Teraz sir Alex milczy, mając w pamięci, jak destabilizująco na grę drużyny wpływały jego wcześniejsze deklaracje o rychłym odejściu. Czy zbliża się jednak jego kres w roli trenera „Czerwonych Diabłów”? Czy w ogóle możliwy jest świat bez nerwowo żującego gumę Fergusona siedzącego na ławce Manchesteru United w charakterystycznym czarnym swetrze i płaszczu?
Kenny Dalglish, Alex Ferguson (fot. skysports.com)
Sam zainteresowany mówił, że boi się odpoczynku od futbolu, wspominając ojca, który krótko po przejściu na emeryturę zmarł. Wielki przyjaciel i mentor „Fergiego”, legendarny trener Celticu Glasgow i Szkocji, John „Jock” Stein umarł na ławce trenerskiej podczas meczu eliminacji mistrzostw świata z Walią. Był taki polski aktor, przez wielu uważany za najwybitniejszego w historii naszej rodzimej kinematografii. Nazywał się Tadeusz Łomnicki i gdy był już stary, zmarł praktycznie na scenie podczas prób do „Króla Leara”. Jego ostatnie słowa były słowami właśnie obłąkanego Króla Leara: „Więc jakieś życie świata przede mną. Dalej, łapmy je, pędźmy za nim. Biegiem!”. Oczywiście nie życzę takiego końca sir Aleksowi, ale to ten sam typ człowieka. Goni życie, chwyta je, jak może, pasjami. Piłka to jego życie, Manchester United to jego życie. Dopóty starczy mu sił, nikt go nie wygoni choćby siłą z Old Trafford, zostanie tam do końca świata. Kiedyś będzie jednak musiał ustąpić ze stanowiska menedżera „Czerwonych Diabłów”. Co wtedy?
Wtedy zacznie się wielka licytacja, koronowani i niekoronowani mędrcy tego świata będą dywagować nad kandydaturami, profilami potencjalnych następców, ale ja bym obstawiał czarnego konia tego wyścigu. Nie Mourinho, nie Guardiola, nie inne Keany czy Villase-Boase. Jest jedno nazwisko robiące furorę na angielskiej ziemi. I to od lat, ale po cichutku, step by step. Hołdujący ciężkiej pracy, dumny, twardy, robiący swoje, rokrocznie zajmujący ze swoją drużyną wysokie miejsce, mimo zwykle niewielkiego budżetu transferowego. To także Szkot.
Dla niewtajemniczonych chodzi tu o Moyesa z Evertonu.
Dodaj komentarz
Nic nie trwa wiecznie, wszystko ma swoją datę ważności. Tezie tej zdaje się jednak zaprzeczać sir Alex Ferguson. Od blisko ćwierćwiecza dumny Szkot okupuje angielską ziemię, zasiadając na manchesterskim tronie. Frustruje przy tym swoich kolejnych oponentów w walce o tytuły mistrzowskie, przewracając ich niczym pionki na szachownicy. Czy odkrył sekret nieśmiertelności? A może po prostu jest geniuszem?
Odpowiedź, której postaram się udzielić, mogłaby sugerować, iż brak jednolitych wniosków zastąpią akademickie dywagacje i puste frazesy. Jednak nie jest ona do końca jednoznaczna i brzmi: to zależy. Szkot jest geniuszem i nie jest geniuszem. Ale po kolei.
Sir Alex Ferguson i Ryan Giggs (fot. Skysports.com)
Sir Alex wypracował swój unikalny system pracy. Credo Szkota zdaje się wybrzmiewać w zaledwie dwóch tonach skupionych wokół władzy i kontroli. SAF wydaje się dostawać drgawek na sam dźwięk słowa „demokracja”. Władza ludu nie jest tym, co propaguje w swoich drużynach. Bliżej mu raczej do wujaszka Stalina, kontrolującego wszystko i wszystkich żelazną, zamordystyczną ręką. Szkot twierdzi, iż żaden, najwybitniejszy nawet zawodnik nie jest większy niż klub, w którym gra. Dobro nadrzędne Manchesteru United, marka i wartość sama w sobie, tak pieczołowicie rozwijana przez lata, stoi wyżej niż jakikolwiek kopacz. Czy Ferguson, mówiąc o klubie, ma na myśli siebie? Tego nie dowiemy się nigdy, ale istnieje taka możliwość. Wrósł on bowiem tak bardzo w manchesterskie korzenie, iż wydaje się z nimi połączony wspólnymi naczyniami krwionośnymi, niczym jeden organizm, w perfekcyjnej symbiozie. Patrick Barclay w biografii menedżera „Football, bloody hell!” pisze, że ten niedefiniowalny pierwiastek, świadczący o unikalności samego klubu i jego marki, SAF nazywa DNA Manchesteru United. Według sir Aleksa charakteryzuje się ono wielkością, wolą zwyciężania, niezłomnością, dumą, lojalnością oraz pamięcią o historii. Pytanie zasadnicze brzmi jednak: czy owo DNA United było w tym zespole od zawsze czy jest ono może wyłącznie zasługą Fergusona, który przeszczepił je od siebie na manchesterski grunt? Czy sir Alex tak bardzo wrósł w klub, że niejako stał się nim? Zaryzykuję stwierdzenie, iż Szkot i ekipa nie są jednością. To Ferguson jest Manchesterem United. Nie ma DNA United. To wyłącznie kwas dezoksyrybonukleinowy „Fergiego”.
Pracuś
Alexander Ferguson sen. był typowym przedstawicielem klasy robotniczej. Wierny swoim zasadom, hołdujący klasycznym dla pracującej ludności małych miast ideałom. Zwykł mawiać: „Jeśli sprawa jest warta wykonania, zrób to najlepiej, jak tylko się da”. Wierzył i wierzy w to po dziś dzień także jego syn. Jest pierwszym, który zjawia się w ośrodku treningowym United w twierdzy Carrington, i ostatnim, który z niego wychodzi. Ferguson jest typowym socjalistą, wierzy w pracę, pracę i jeszcze raz ciężką pracę. Wyraz swoim upodobaniom politycznym dawał niejednokrotnie, popierając kampanię laburzystów w walce o fotel premiera dla Tony’ego Blaira czy przyjaźniąc się z Alastairem Campbellem, byłym czołowym politykiem Partii Pracy. Kontrola i władza to wizytówka „Fergiego”. Przychodząc do Manchesteru United, zrewolucjonizował ten klub od podstaw. Wprowadził profesjonalizm, ograniczając spożywanie alkoholu przez zawodników, zwiększył sztab szkoleniowy i medyczny. Wraz z Fergusonem poprawiła się etyka pracy, gracze zaczęli bardziej się przykładać do treningów. Jednak tym, co zmieniło całe United, oczywiście oprócz niezmordowanej, niesamowitej żądzy wygrywania Fergusona, były dwa czynniki – młodość i strach.
Paul Scholes i sir Alex Ferguson, Manchester United (fot. Skysports.com)
Sir Alex na manchesterski grunt przeszczepił wzorce, które znakomicie sprawdzały się w jego poprzednim klubie, czyli Aberdeen. Stał się bossem uczciwym, ale twardym. Jego sławne „suszarki” do dziś sieją panikę w umysłach zawodników. Gracze go szanują, wiedzą bowiem, iż wszystko, co robi, ma na celu odniesienie sukcesu, a nie zmieszanie ich z błotem. Poddają mu się zatem bezwarunkowo. Szkot sam zajmował się wyszukiwaniem młodych talentów, oglądał każdego potencjalnego nowego zawodnika, rozmawiał z jego rodzicami. Oczywiście wraz z biegiem lat i wzrostem znaczenia i popularności globalnej marki United przekazał szereg kompetencji swoim asystentom, jednak na początku było inaczej, robił wszystko sam. Żaden, nawet najmniejszy drobiazg nie mógł mu uciec, musiał mieć decydujące słowo we wszystkich aspektach funkcjonowania klubu. Tak jest do dzisiaj. SAF stworzył perfekcyjną siatkę wyszukiwania młodych talentów i akademię juniorów na najwyższym, światowym poziomie. Złote pokolenie Beckhama, Giggsa, Scholesa, Butta i braci Neville nie zostało kupione za miliony funtów. Wszystkich ich wychował osobiście Ferguson. Twardą, ale uczciwą ojcowską ręką. Ale to nie znaczy, że Szkot nie wydawał. Regularnie bił on bowiem rekordy w kwocie kupna gracza przez zespół piłkarski na Wyspach.
Geniusz czy nie geniusz?
Zależy od definicji geniusza. Osoba genialna potrafi zrobić coś z niczego, natchniona jest pierwiastkiem boskim. Jeśli za kryteria genialności uznamy perfekcyjną organizację pracy, rygor i przez lata doskonale przygotowywane podłoże pod sukcesy, to „Fergie” jest geniuszem. Ale bliżej mu raczej do tytana pracy, osoby genialnej w detalach, prawie ideału, lecz nie do końca. Jak słusznie w swojej książce zauważa Patrick Barclay, Szkotowi masę czasu zajęło zdobycie pierwszego mistrzostwa, dokonał tego bowiem stosunkowo późno, dopiero w 1993 roku. Było to blisko siedem lat po debiucie w roli menedżera „Czerwonych Diabłów”! Nie zapominajmy także o milionach wydawanych rokrocznie na nowych graczy. Wątpliwe, aby w dzisiejszych czasach, kiedy rywalizacja i presja sukcesu jeszcze się zwiększyły, a tempo samej gry i futbolowego świata urosło do szybkości ponaddźwiękowych, dano Fergusonowi tyle czasu na zdobycie mistrzostwa. Zwłaszcza w takiej drużynie jak United. Ale tu wkrada się już kolejny problem. To właśnie sir Alex uczynił ten klub znów wielkim, przywracając mu dawny blask z czasów ery sir Matta Busby’ego. Gdy Szkot zastał Old Trafford, było ono jedynie miejscem wspomnień czasów minionych, regularnie bezczeszczonym przez arcyrywali z Anfield Road. Niezręcznie zatem mówić, ile czasu na odniesienie sukcesu dostałby dziś w United „Fergie”, bo gdyby nie on, nie byłoby dziś być może (a raczej na pewno) w ogóle żadnego triumfu globalnej marki „Czerwonych Diabłów”. Geniuszem jednak nie jest. Jest ciężko pracującym człowiekiem, który poświęcił życie, zdrowie (i zapewne duszę) temu, co najbardziej kocha, czyli piłce i Manchesterowi.
A sami geniusze?
Sir Alex Ferguson i Roberto Mancini (fot. Skysports.com)
Barclay wymienia kilku, przede wszystkim Jose Mourinho i Briana Clougha. Pierwszy niczym legendarny król Midas zamienia w złoto wszystko, czego tylko dotknie. Portugalski szkoleniowiec zawojował Anglię, Włochy, Portugalię, Hiszpanię, wreszcie Europę. W czasach pierwszego świetnego prosperity Chelsea „The Special One” niszczył na Wyspach wszystko i wszystkich, nie biorąc jeńców, zdetronizował okrutnie nawet United Fergusona. Portugalczyk wydaje się jednak niestały w uczuciach futbolowych, ciągle potrzebuje nowych wrażeń. Zmienia kluby jak rękawiczki, szukając następnych wyzwań, kolejnych szans sprawdzenia się, ciągłych dostaw adrenaliny. Brian Clough dokonał za to czegoś jeszcze bardziej niesamowitego, dziś urastającego wręcz do miana mitu. W 1975 roku objął pałętające się w dole drugoligowej tabeli Nottingham Forrest, by w zaledwie cztery lata zdążyć zdobyć wszystko, czyli mistrzostwo Anglii i Puchar Europy (nie wspominając już o innych krajowych trofeach). Niebywałe! W przekroju całej kariery był bardzo podobny do Fergusona, Forrest trenował bowiem aż przez 18 lat, do 1993 roku. Czyli do… początku ery panowania United sir Aleksa.
Konkluzja
Ferguson wielki jest. To wiemy i wiedzieliśmy wszyscy. Wielkość jego bazuje jednak nie na wrodzonym talencie, bo zwyczajnie nie jest geniuszem. Potęga tego człowieka polega na stałości pracy, konsekwencji w dążeniu do celu i umiejętności zmieniania się i dostosowania do nowych kanonów i trendów w futbolu. Równocześnie trener pozostaje sobą, swoją charyzmę przelewa na cały klub. Jego ciało się starzeje, umysł nie. Plus ten charakter i wiążąca się z nim niezłomność, umiejętność kontrolowania wszystkiego i wszystkich. To właśnie kombinacja tych cech od dekad sytuuje go na piedestale. Dokładnie na samym czubku góry lodowej, zwanej futbolowym światem. Ferguson to nie United. United to Ferguson. Szkot wydaje się jednak panicznie bać emerytury. Decyzję o odejściu przekładał już kilkukrotnie. Teraz sir Alex milczy, mając w pamięci, jak destabilizująco na grę drużyny wpływały jego wcześniejsze deklaracje o rychłym odejściu. Czy zbliża się jednak jego kres w roli trenera „Czerwonych Diabłów”? Czy w ogóle możliwy jest świat bez nerwowo żującego gumę Fergusona siedzącego na ławce Manchesteru United w charakterystycznym czarnym swetrze i płaszczu?
Kenny Dalglish, Alex Ferguson (fot. skysports.com)
Sam zainteresowany mówił, że boi się odpoczynku od futbolu, wspominając ojca, który krótko po przejściu na emeryturę zmarł. Wielki przyjaciel i mentor „Fergiego”, legendarny trener Celticu Glasgow i Szkocji, John „Jock” Stein umarł na ławce trenerskiej podczas meczu eliminacji mistrzostw świata z Walią. Był taki polski aktor, przez wielu uważany za najwybitniejszego w historii naszej rodzimej kinematografii. Nazywał się Tadeusz Łomnicki i gdy był już stary, zmarł praktycznie na scenie podczas prób do „Króla Leara”. Jego ostatnie słowa były słowami właśnie obłąkanego Króla Leara: „Więc jakieś życie świata przede mną. Dalej, łapmy je, pędźmy za nim. Biegiem!”. Oczywiście nie życzę takiego końca sir Aleksowi, ale to ten sam typ człowieka. Goni życie, chwyta je, jak może, pasjami. Piłka to jego życie, Manchester United to jego życie. Dopóty starczy mu sił, nikt go nie wygoni choćby siłą z Old Trafford, zostanie tam do końca świata. Kiedyś będzie jednak musiał ustąpić ze stanowiska menedżera „Czerwonych Diabłów”. Co wtedy?
Wtedy zacznie się wielka licytacja, koronowani i niekoronowani mędrcy tego świata będą dywagować nad kandydaturami, profilami potencjalnych następców, ale ja bym obstawiał czarnego konia tego wyścigu. Nie Mourinho, nie Guardiola, nie inne Keany czy Villase-Boase. Jest jedno nazwisko robiące furorę na angielskiej ziemi. I to od lat, ale po cichutku, step by step. Hołdujący ciężkiej pracy, dumny, twardy, robiący swoje, rokrocznie zajmujący ze swoją drużyną wysokie miejsce, mimo zwykle niewielkiego budżetu transferowego. To także Szkot.