Mancheter United nie stracił jeszcze nadziei na mistrzostwo Anglii. Diabły pokazały mistrzowski charakter, wygrywając w słabym stylu spotkanie, w którym żadna z drużyn nie zasłużyła na trzy punkty.

Jeszcze bodaj nigdy wygrana w derbach Manchesteru nie mogła tak bardzo pomóc zwycięskiej drużynie i jednocześnie zaszkodzić lokalnemu rywalowi. Fani na City of Manchester Stadium musieli zdawać sobie z tego sprawę, bo „The Citizens” już dawno nie byli tak głośno dopingowani. To oni mogli pogrzebać sny „Czerwonych Diabłów” o czwartej wygranej w Premiership.
Roberto Mancini postawił jak zwykle na ofensywny trójkąt Tevez – Adebayor – Bellamy, który wspomagał jeszcze na prawym skrzydle Adam Johnson. To sprawiało, że w środku pola walczyć musieli samotnie De Jong i Gareth Barry – najczęściej z bardzo słabym skutkiem. Między innymi dlatego w poczynaniach gospodarzy od początku było wiele chaosu i raczej indywidualnych akcji.
Jedna z nich opłaciła się Carlosowi Tevezowi, gdy Argentyńczyk w 8. minucie wywalczył rzut wolny, ok. 25 metrów od bramki Edwina van der Sara. Do piłki podszedł sam poszkodowany i posłał futbolówkę w kierunku okienka, ale bramkarz United pewnie ją wyłapał. Odpowiedzią gości był niecelny strzał Scholesa z dystansu.
Po 20 minutach gra nieco się uspokoiła. City grało nieco bardziej przemyślanie, choć zespołem bardziej dojrzałym był ciągle United. Gospodarze stawiali na szybkie (jak niebezpieczne zgranie do środka Bellamy’ego z 27. minuty) lub przypadkowe akcje, z ciągle czyhającym na błąd Vidica Adebayorem.
Pierwsza, słoneczna połowa mijała dalej pod znakiem wyrównanej gry i właściwie braku strzałów na bramkę. Dłużej pod polem karnym rywala przebywali podopieczni Manciniego, ale że samo posiadanie piłki jest warte niewiele, przekonali się w 40. minucie. Po długim podaniu pod pole karne Givena, piłkę do Rooneya strącił Gibson. Najlepszy strzelec „Czerwonych Diabłów” wymanewrował obrońcę i wydawało się, że otworzy wynik spotkania, ale jego strzał przeleciał minimalnie obok słupka.
Cztery minuty później znów było groźnie: na prawym skrzydle Antonio Valencia poradził sobie z Bridge’em, zagrał po ziemi do środka, gdzie Ryan Giggs wyprzedził stoperów City i z kilku metrów… podał piłkę wprost do rąk Givena. United powinno w tej sytuacji objąć prowadzenie. Byłby to idealny dowód ich (nieustannie widocznego) większego doświadczenia i opanowania. Pierwsza połowa zakończyła się jednak bezbramkowym remisem.
Druga odsłona spotkania rozpoczęła się jeszcze gorzej niż pierwsza. Znów dużo niecelnych podań, kopaniny i jeszcze wolniejszego tempa. Sytuacja ustabilizowała się ok. 55 minuty, przewagę zdobywało United. „Czerwone Diabły” najpierw wywalczyły rzut wolny przy prawym końcu pola karnego City, ale dośrodkowania Giggsa trafiło do obrońców, a w kolejnej akcji nad bramką główkował Scholes.











