PGE GKS Bełchatów dość szczęśliwie wygrał z Koroną Kielcę. Oprawcą „Żółto-czerwonych” okazał się… Maciej Tataj.
Pierwsza połowa spotkania nie zachwyciła. Obu zespołom tak samo zależało na zwycięstwie. Oba, aby osiągnąć cel, wybrały dwie diametralnie inne drogi – gospodarze starali się przejąć inicjatywę, atakować pozycyjnie, goście szukali zaś swoich szans w kontratakach.

Więcej profitów przyniosła taktyka Korony, lecz w ostatecznym rozrachunku żaden z piłkarzy nie wpisał się w pierwszej części spotkania na listę strzelców. Bardzo aktywny na prawej flance był Korzym, który w poprzednim sezonie regularnie występował przy Sportowej. Po raz pierwszy golem zapachniało w 20. minucie. Znakomity kontratak wyprowadził Edi, po czym odegrał do Niedzielana, który stanął oko w oko z Sapelą. Jego strzał minął golkipera bełchatowian, okazał się jednak zbyt lekki. W ostatniej chwili piłkę na aut zdołał sparować Drzymont. W 31. minucie przed polem karnym znalazł się Korzym. Żaden z defensorów PGE GKS-u Bełchatów nie kwapił się, by zaatakować skrzydłowego Korony, dlatego ten zdecydował się na strzał. Futbolówka przeszła ostatecznie obok bramki. Pod koniec pierwszej połowy do głosu doszli gospodarze. W 34. minucie pierwszy celny strzał oddał Nowak. Nie sprawił on jednak żadnych problemów Małkowskiemu.
Druga połowa spotkania wyglądała podobnie. Niestety, zawodnicy nie zgotowali nam dzisiaj zbyt ciekawego widowiska. Po wznowieniu gry wydawało się jednak, iż będzie inaczej. Zwiastowała to pierwsza groźna akcja Korony. W świetnej sytuacji znalazł się Korzym, ale jego strzał zablokował Sapela. I to by było na tyle, jeśli chodzi o zagrożenie ze strony drużyny gości.
Prowadzić za to mogli, a nawet powinni bełchatowianie. W 62. minucie w polu karnym Korony stworzyło się niemałe zamieszanie. Ostatecznie do wolnej piłki na piątym metrze dobiegł Sawala i huknął jak z armaty. Co wydaje się błędem, gdyż w zasadzie, aby zdobyć gola, wystarczyło tylko trafić w bramkę. Futbolówka przeszła jednak minimalnie ponad poprzeczką.
Końcówka spotkania przeszła najśmielsze oczekiwania sympatyków obu drużyn. Po rzucie wolnym futbolówka powędrowała wprost na głowę Kuświka. Ten próbował odegrać ją do jednego z partnerów. Snajperskim instynktem popisał się… Maciej Tataj. Napastnik kieleckiego klubu zdobył niezwykle efektownego gola głową. Niestety – samobójczego.
Żadna z drużyn nie miała dzisiaj zbyt wielu argumentów, aby myśleć o komplecie punktów. Szczęście uśmiechnęło się jednak do gospodarzy. Sprawiedliwość wyniku budzi zatem spore wątpliwości.











