Puchar Narodów Afryki to turniej dość dziwny. Gra się co prawda według normalnych zasad piłki nożnej, rywalizuje ze sobą (ostatnimi czasy) szesnaście zespołów, podzielonych na cztery grupy, za zwycięstwo przyznaje się trzy punkty, za remis jeden, za porażkę zero, a triumfatorzy finału otrzymują okazały puchar i złote medale. Cała dziwaczność mistrzostw Czarnego Lądu dotyczy przede wszystkim terminu rozgrywania turnieju, czyli środka zimy, co wielu trenerów klubów Premier League przyprawia o niemały ból głowy.
28. edycja PNA jest jednak jeszcze dziwniejsza niż kilka ostatnich. W kwalifikacjach do turnieju roiło się od sensacji i na pierwszy rzut oka wydaje się, że tym razem wyjazdu swoich afrykańskich gwiazd angielskie kluby nie odczują aż tak mocno. Czy aby na pewno?

Na PNA wyruszyło w tym roku zaledwie dziesięciu zawodników z całej ligi. Ta liczba zapewne nie robi na nikim wrażenia. Kadry angielskich zespołów są przecież niezwykle liczne, a tylu graczy nie stworzyłoby nawet zwykłego, jedenastoosobowego zespołu. Jeśli jednak pomnożylibyśmy tę liczbę przez jakość piłkarzy, których przez miesiąc nie ujrzymy na wyspiarskich murawach, wyszedłby nam całkiem pokaźny wynik. Taki, który może wpłynąć nawet na walkę o mistrzostwo.
Na końcowy triumf największe szanse ma oczywiście obecny lider, Manchester City. W drugiej części sezonu „Obywatele” podejmą większość najgroźniejszych rywali na swoich włościach, teoretycznie więc powinno być im jeszcze łatwiej. Nie jest jednak tak różowo, jak może się wydawać, Roberto Mancini ma bowiem problem. I nie można go nazwać małym, biorąc pod uwagę nie tylko wzrost braci Toure, ale przede wszystkim ich (a szczególnie Yayi) znaczenie dla gry i wyników „The Citizens”. Jak wiemy, jest ono, delikatnie mówiąc, niemałe, i na pewno włoski szkoleniowiec zdecydowanie wolałby mieć obydwu reprezentantów Wybrzeża Kości Słoniowej ze sobą. I to, wobec czteromeczowego zawieszenia Kompany’ego, nie tylko Yayę, ale również Kolo.
Ten miesiąc będzie prawdziwym testem dla realnej siły kadry Manchesteru City, a także, a może przede wszystkim, dla młodego obrońcy, Stefana Savicia. Czarnogórzec kilka dni temu obchodził 21. urodziny i lepszego prezentu niż zawieszenie jednego rywala od gry oraz wyjazdu drugiego nie mógł sobie chyba wymarzyć. Trudno sobie wyobrazić, by wobec tych absencji Mancini nie postawił właśnie na niego. Zadanie nie będzie łatwe, w najbliższych czterech spotkaniach piłkarze City dwukrotnie zmierzą się Liverpoolem, jednak najważniejsze i tak będzie starcie z Tottenhamem na Eithad Stadium 22 stycznia.













