TSG Hoffenheim udało się nieźle namieszać. Wybitnie wręcz, bo aż na dwóch polach. Po pierwsze, co jeszcze jest wybaczalne, „Wieśniacy” pokonali Borussię Dortmund. A po drugie… pokazali, że naprawdę są ze wsi – atakując dźwiękiem kibiców przyjezdnych drużyn, w tym fanów Borussii właśnie.
Wywalczone zwycięstwo Hoffenheim nad Borussią Dortmund było sensacją przez pięć minut. Co nie znaczy, że „Wieśniacy” tak szybko odeszli w zapomnienie, nie, przeciwnie. Ich sportowe dokonania z minionego weekendu przyćmił bowiem skandal, który wywołał jeden z pracowników stadionu w Sinsheim, odpowiedzialny za udźwiękowienie.
Mogłoby się wydawać, że pan od dźwięku chciał dobrze – w końcu początkowo afera dotyczyła tylko zagłuszania obraźliwych piosenek fanów Borussii, którzy głośno wyrażali swoje zdanie o „mecenasie” Hoffenheim, Dietmarze Hoppie. Kibice poskarżyli się, a klub przeprosił za wybryk jednego ze swoich współpracowników. Po sprawie? Nie, nie. Sprawa dopiero w tym miejscu naprawdę się zaczyna.
Policja bowiem podzieliła się z opinią publiczną nową informacją: po tym, jak wpłynęło kilka skarg w wiadomej kwestii, na komisariacie pojawił się ów niezdyscyplinowany współpracownik. I przyznał bez bicia, że to on i jego znajomy są odpowiedzialni za całą sprawę. A „sprawą” można śmiało nazwać fakt, że na stadionie panowie dużo wcześniej zainstalowali domowej roboty aparaturę do zagłuszania kibiców innych drużyn. W toku postępowania wyjaśniło się nawet, że wynalazek działał już od lutego – podczas spotkań TSG z FC Köln, FSV Mainz, Borussią Dortmund i Eintrachtem Frankfurt. Panowie uważali, że samowolne założenie i używanie tego sprzętu będzie bardzo dobrym żartem.
Otóż – nie tak trudno się domyślić – nie było, odkąd w całym tym zamieszaniu zorientowali się fani Borussii Dortmund. Właściwie nic dziwnego, skoro zagłuszono ich aż dwa razy. Dzięki nim współpracownik ze stadionu jest już byłym współpracownikiem – został zwolniony dyscyplinarnie. Po przyznaniu się do winy, jemu i jego przyjacielowi grożą jeszcze konsekwencje prawne – na szczęście dla klubu, który dzięki temu uniknie kary. Nie uniknie jednak fatalnej opinii, jaką po całej aferze – zwanej w lokalnych mediach (typowo po niemiecku) „Soundgate” – ma o nim cały zainteresowany Bundesligą świat.
Co gorsza – ataki irytującymi dźwiękami wcale nie sprawiły, że kibice Borussii przestali śpiewać swoje piosenki na temat Dietmara Hoppa. Przeciwnie. Kiedy zorientowali się, co jest grane, zaczęli wrzeszczeć głośniej. Żart-niewypał okazał się więc podwójnie przykry dla „Wieśniaków”, a już zwłaszcza dla Bogu ducha winnego Hoppa.
Afera wybuchła, sprawa się wyjaśniła… Niesmak pozostał.
PS Podobno najzagorzalsi „kibice” Schalke Gelsenkirchen rzucali w sobotę w fanów w najbliższych sektorach, w tym przyjezdnych sympatyków FC Köln, kubkami po piwie (takimi, jakim oberwał w zeszłym sezonie liniowy arbiter od fanów St. Pauli), wypełnionymi fekaliami. Chyba nikt nie chce wiedzieć, jak będzie nazywała się ta afera…








