Po przeciętnym dla angielskich drużyn tygodniu w europejskich pucharach czas na powrót na własne śmieci. Przed nami 9. kolejka Premier League. Kolejka z niejednym hitem w terminarzu.
Emocje będą rosły, aż punkt kulminacyjny osiągną pod koniec tej serii gier, zatem zaczniemy spokojnie. Tuż po sobotnim lunchu, w sobotę o 13:45, Aston Villa podejmie Norwich City. Będzie to starcie zespołów z dolnych rejonów tabeli. Podbudowane pierwszym zwycięstwem w sezonie (i to nie z byle kim, bo z Arsenalem) „Kanarki” przyjadą na stadion drużyny, która nie potrafi wygrać od ponad miesiąca i jest tuż nad strefą spadkową. To dopiero początek sezonu i nie ma co ferować wyroków, ale wydaje się, że po ostatniej słabej kampanii w wykonaniu „The Villans” ta wcale nie będzie lepsza. Paul Lambert nie jest cudotwórcą, lecz akurat w starciu z Norwich ma taki atut, że to on ten zespół tworzył i zna go pewnie lepiej niż ekipę, którą prowadzi obecnie. To na pewno mu pomoże, a Chris Hughton będzie musiał dużo główkować, żeby przechytrzyć rywala. Szkot jednak nadal zmaga się z licznymi kontuzjami swoich zawodników, bo cały czas poza grą są Dunne, Petrow i Gardner, a gdyby doszły do tego możliwe absencje Clarka i Bakera, to były już wielki problem. Goście aż takich kłopotów nie mają, bo nie wystąpią jedynie Kane, Butterfield i Whittaker, którzy niedysponowani byli też tydzień temu, więc możliwe, że Hughton pośle w bój tę samą jedenastkę co wtedy. Na Arsenal wystarczyło, jak będzie w starciu z AV?

Mniej więcej kwadrans po końcowym gwizdku na Villa Park sędziowie rozpoczną mecze na czterech innych stadionach. Tutaj najciekawiej zapowiadają się derby Londynu, w których Arsenal podejmie QPR. Będzie to pojedynek drużyn pogrążonych ostatnio w kryzysach, ale jeśli weźmiemy pod uwagę ich jakość piłkarską, gospodarze powinni wygrać. Ba, powinni rywali roznieść, a każda strata punktów da powód do sypania kolejnych gromów na głowę Wengera. Francuz ma ogromne problemy z zestawieniem ofensywy. Są one aż tak wielkie, że w dwóch ostatnich spotkaniach na boisko wchodzić musiał nawet Arszawin, którego trener najchętniej by się przecież pozbył. W ogóle stresu nie było widać też po 17-letnim debiutancie, Gnabrym, który być może dostanie w końcu szansę gry od początku. Na pewno zabraknie bowiem Rosicky’ego, Szczęsnego, Diaby’ego i Walcotta, a niepewna jest dyspozycja Gibbsa oraz Oxlade-Chamberlaina. Tak osłabieni „Kanonierzy” mimo wszystko muszą ograć czerwoną latarnię ligi, którą nazwać można raczej zbieraniną znanych zawodników, a nie zespołem. Na papierze QPR mogłoby spokojnie walczyć o miejsce w dziesiątce, a tymczasem bez wygranej w ośmiu meczach okupuje ostatnią lokatę w tabeli. Remis z Evertonem jest jakimś światełkiem w tunelu, ale na Emirates będzie o niebo trudniej, a Mark Hughes nie będzie mógł skorzystać z Johnsona, Fabio i prawdopodobnie także Dyera.













