Tottenham po pięciu kolejkach bez zwycięstwa może cieszyć się wreszcie z wygranej. „Koguty” na własnym stadionie pokonały beniaminka ze Swansea 3:1. Dwa gole na wagę kompletu punktów zdobył Emmanuel Adebayor.
Gdyby nie ostatnie zwycięstwo nad Boltonem w ćwierćfinale Pucharu Anglii, Tottenham zapomniałby, jak smakuje słodycz zwycięstwa. Zespół z północnego Londynu od pięciu spotkań nie potrafi zgarnąć kompletu punktów, zdobywając zaledwie dwa. Trzy porażki i dwa remisy to passa, którą podopieczni Harry’ego Redknappa muszą jak najszybciej przerwać, szczególnie że stracili miejsce na podium na rzecz największego rywala – Arsenalu. Jeśli „Koguty” marzyły o trzecim miejscu, to musiały pokazać Swansea miejsce w szeregu.
W pierwszym kwadransie spotkanie było bardzo wyrównane. Swansea próbowała narzucić swój styl gry, czyli częste dokładne podania na krótkiej odległości, długie utrzymywanie się przy piłce oraz wysoki pressing. Jednak Tottenham skutecznie niwelował te zakusy „Łabędzi”, a prym w środku pola jak zawsze wiódł kapitan londyńczyków Scott Parker. W 7. minucie lewą stroną przebił się Luka Modrić, dośrodkował w pole karne, tam piłkę przejął Adebayor i szybko odegrał ją do van der Vaarta. Strzał Holendra otarł się jednak jeszcze o obrońcę Swansea i przeszedł nad bramką. W odpowiedzi na to Wayne Routledge kilkadziesiąt sekund później oddał kąśliwy strzał zza pola karnego, ale i on był minimalnie niecelny. W 11. minucie Gareth Bale znowu pognał lewą stroną boiska i zagrał w pole karne, ale uderzenie Adebayora nie trafiło w bramkę. Cztery minuty później indywidualną akcją popisał się prawy obrońca Swansea, Neil Taylor. Anglik wbiegł w pole karne, ale biegnący tuż za nim William Gallas skutecznie wybił jego próbę dośrodkowania.
W 18. minucie wreszcie padła bramka. Po raz kolejny lewą stroną boiska pognał Gareth Bale, który dośrodkował w pole karne, piłkę wybił obrońca, jednak tak niefortunnie, że wpadła ona pod nogi Rafaela van der Vaarta. Holender popisał się fantastycznym uderzeniem, strzegący bramki Swansea Michael Vorm mógł tylko podziwiać jego strzał i wyjąć piłkę z siatki. Strzelona bramka dodała animuszu podopiecznym Redknappa, którzy przejęli inicjatywę. W 29. minucie szansę podwyższenia rezultatu miał Kaboul, ale jego główkę dobrze wybronił Vorm. 60 sekund później podobną sytuację mieliśmy po drugiej stronie boiska. Tym razem Ashley Williams najwyżej wyskoczył w polu karnym „Kogutów”, ale piłka po jego strzale głową odbiła się od ziemi i przeleciała nad poprzeczką. Goście grali nieco nerwowo, jakby byli wyrwani z rytmu i zdarzały się im często błędy i niecelne podania, co skrzętnie wykorzystywali gospodarze. Pod koniec pierwszej połowy szansę zdobycia bramki miał Luka Modrić, ale jego strzał zza pola karnego minął bramkę.
Brendan Rodgers musiał poważnie porozmawiać ze swoim zespołem, gdyż po zmianie stron mogliśmy zobaczyć inną Swansea. „Łabędzie” znowu grały typową dla siebie piłkę, spychając londyńczyków z północy do obrony. Na efekty ofensywnej gry ze strony beniaminka nie trzeba było długo czekać. W 49. minucie Gylfi Sigurdsson popisał się znakomitym strzałem zza pola karnego, ale Brad Friedel wybił piłkę niemal z okienka swojej bramki. To, co nie udało się reprezentantowi Islandii wtedy, powiodło się niespełna dziesięć minut później. Piłka w sporym zamieszaniu trafiła w nogi Routledge’a i spadła na nogę Sigurdssonowi, który znowu bardzo mocno uderzył, tym razem futbolówka odbiła się od ziemi i wpadła w długi róg bramki Amerykanina. Stracona bramka oraz widmo kolejnej straty punktów podziałały na Tottenham jak kubeł zimnej wody. „Koguty” rzuciły się do ataku, a ciężar ofensywy wziął na siebie Gareth Bale, który w ciągu paru minut zdominował lewą flankę boiska. Walijczyk w 66. minucie dośrodkował na głowę van der Vaarta, ale jego strzał obronił w kapitalny sposób Vorm. Kilka minut później Holender znowu dobrze wybronił uderzenie Bale’a.










