Tylko jednemu szkoleniowcowi Liverpoolu udało się wygrać w debiucie w Barclays Premier League. Wyczynu Gerarda Houlliera nie udało się powtórzyć Juergenowi Kloppowi, którego drużyna bezbramkowo zremisowała dziś z Tottenhamem.
Klopp od początku mówił, że oczekuje od swojego zespołu entuzjazmu. Dodawał jednak również, że na efekty jego pracy będzie trzeba trochę poczekać. Jej rezultatem ma być mistrzostwo kraju, które ma stanąć w klubowej gablocie w ciągu trzech lat. Niemiec rozpoczął pracę z dość dużymi problemami. Od razu z gry wypadli Ings, Sturridge oraz Benteke, którzy do tej pory strzelili sześć z ośmiu bramek „The Reds”.
Kłopoty kłopotami, ale Liverpool wreszcie nie grał defensywnie, mimo bardzo słabej sytuacji kadrowej (poza wymienionymi napastnikami niedostępni są także Firmino, Flanagan, Henderson i Gomez) ekipa z Anfield Road prezentowała bardzo wysoki pressing, utrudniając wyprowadzanie ataku pozycyjnego od defensywy „Kogutów”. Inicjatywa gości trwała kilkanaście minut i mogła zakończyć się trafieniem Divocka Origiego, który główką obił poprzeczkę. Miejscowi otrząsnęli się po pierwszym szoku i zaatakowali bronią „Czerwonych”. Agresywne ustawienie Tottenhamu również mogło pozwolić otworzyć wynik. Clinton Njie zrobił niemal wszystko, by pokonać Simona Mignoleta, jednak Belg wykazał się kunsztem i niezwykłą robinsonadą wybił futbolówkę za końcową linię.
Pierwsza połowa była prawdziwą gratką dla kibiców zgromadzonych na White Hart Lane i przed telewizorami. Niezwykłe tempo, świetne strzały, jeszcze lepsze interwencje czy to bramkarzy, czy też obrońców. Do pełni szczęścia brakowało tylko bramek, których z minuty na minutę potrzeba było coraz bardziej. W drugiej odsłonie piłkarze nie utrzymali tempa spotkania, a walki zamiast toczyć się na ziemi, coraz częściej rozgrywały się w powietrzu. Długie podania na napastników nie przynosiły niemal żadnych okazji do strzelenia gola.
Najwięcej emocji na trybunach przyprawiło naziemne starcie „dwudziestek”. Lallana wpadł w pole karne i padł na nie po starciu z Allim. Wszyscy poderwali się ze swoich miejsc, jednak Craig Pawson zachował nerwy na wodzy i pozwolił stronom grać dalej. Jak pokazały powtórki, całkowicie słusznie. Po ostatnich uwagach do pracy brytyjskich sędziów należy pochwalić pracę Anglika z South Yorkshire, który nie zawiódł w żadnej sytuacji. Małe wątpliwości budziła za to praca liniowych, którzy w kilku sytuacjach nie dostrzegli spalonych.











